czwartek, 11 lutego 2016

NOWY ADRES

Kochani,

moją pisaninę znajdziecie tutaj---> http://matka-ogarniaczka.blogspot.com


ZAPRASZAM :)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Matki ogarniaczki

Lubicie ogarniać rzeczywistość?

Lubicie być boginiami domowego ogniska?

Nie, nie! Nie leżeć i pachnieć a OGARNIAĆ!



Lubicie orientować się w przeważającej części domowej codzienności?
Lubicie być odpowiedzialne za wikt i opierunek Waszej rodziny?
Lubicie pamiętać o wszystkich urodzinach, imieninach bliższej i dalszej rodziny?
Lubicie uczestniczyć we wszystkich wyjazdach do lekarza?
Lubicie trzymać dziecko podczas szczepienia?
Lubicie planować zakupy?
Lubicie składać świeżo wyprasowane ubrania?
Lubicie bawić się z dziećmi?
Lubicie planować przyjęcia urodzinowe?

Lubicie pamiętać o WSZYSTKIM?


Mam tymczasowy ciężar w głowie.
Taki atakujący skronie.
Tyle rzeczy do zrobienia, tyle sytuacji do udźwignięcia.

Ale przecież... ja to LUBIĘ.

"... i nie zatopi nas, pokusa ani strach".

Isn't it?

I w tym momencie zazdroszczę płci przeciwnej, że ma w głowie program ułatwiający nic nie robienie, totalny RESET.






wtorek, 3 lutego 2015

22 miesiące


Krzysio kończy dziś 22 miesiąc swojego życia.

Wspaniale jest być świadkiem jego zmian, rozwoju oraz miłości do młodszego Brata. Serce się raduje.

Nasz kochany Śmiechu. Tak do niego właśnie mówię: Śmiechu, bo jest przepełniony radością.

Mówi coraz więcej. Czasami mamy problem z odgadnięciem co oznacza dany wyraz - takie jest kreatywny.

Uwielbia mówić, które rzeczy w mieszkaniu są jego: "To moje". Taki mojszy etap.

Nadal uwielbia Strażaka Sama. Na dźwięk ulubionej piosenki biegnie po swój hełm i zaczyna zjeżdżać po nodze od kuchennego stołu. Następnie wskakuje na swój samochód i jedzie gasić pożar...

Lubi też Boba Budowniczego oraz Świnkę Peppę, ale jest to lubienie umiarkowane.

Jest moim kuchennym pomocnikiem. Sam wymyśla zaskakujące potrawy. Ostatnio przyniósł mi do picia kubek wypełniony kredkami. Smakowało wybornie.

Jego popisową zupą są płatki kukurydziane na wodzie. Z reguły należy je jeszcze trochę posolić, co Krzysio czyni z miną kulinarnego znawcy.

Wracając do domu pyta o wszystkich domowników. Taki jest rodzinny.

Naśladuje nas, towarzyszy w obowiązkach domowych. Razem odkurzamy, robimy pranie, ścieramy kurze, zamiatamy, myjemy podłogę, nastawiamy zmywarkę i robimy przepyszne soki. Tak jest!

Zmieniamy rozmiarówkę ubrań Syniastego. Wchodzimy w erę ubrań od dwóch lat.

Mamy cudownego chłopaka w domu. Czasami humorzastego, ale przeważnie nad naszym niebem świeci słońce.






piątek, 30 stycznia 2015

Zarzekałam się...

, że nie będę spać z dzieckiem w jednym łóżku.

Po narodzinach Krzysia (opis tego wydarzenia dostępny tutaj: http://krzysiowie.blogspot.com/2013/04/w-ponad-tygodniowa-rocznice-narodzin.html), moim celem nr jeden było odzwyczajanie dziecka od siebie. Macie pojęcie?

Jak ja nie chciałam, żeby nasz Maleńtas ze mną, przy mnie, spał. Bałam się, że zmiażdżę rączkę, nóżkę, oprę się o główkę i nic z niej nie zostanie. Nic to, że łoże wielkie. Nie chciałam takiego spania i kropka. No i przecież niewygodnie mi będzie...


Nic to, że nocne karmienia były potwornie ciężkie, że moja głowa opadała wielokrotnie i miałam wrażenie, że dziecko wypadnie mi z rąk. Postanowiłam, że nie będę spać z dzieckiem!

Udało się. Krzysio spał sam w łóżeczku.

Z Pawłem jest inaczej. Nasz pobyt w szpitalu uzmysłowił mi, jaką wygodą jest mieć dziecko przy sobie w nocy. Przekładam go z jednej piersi do drugiej i po trzech karmieniach (oraz serii bączków), jest dzień. Dziecię śpi obok spokojnie. Mama jest wyspana. 

To jest wygodne, ale nie będzie trwać wiecznie. Zbliżamy się do tego momentu, w którym i Pablo będzie nauczony samodzielnego spania w łóżeczku.

Trzymajcie kciuki, bo nie będzie łatwo.


środa, 28 stycznia 2015

Dawno mnie nie było...

a przecież wiele się zmieniło.

Od 17 grudnia funkcjonujemy w poszerzonym składzie.
Paweł dołączył do naszego grona o 9.45 z wagą 3765g i z długością 55cm.
Mała czarna główka, która jakby już jaśnieje.
 Cycoholik do potęgi n-tej.
Wielki-mały fan swojej Mamy. Mógłby przy Niej spać, jeść i leżeć cały dzień.
Mały Klusek z pięknymi oczętami.
NASZ drugi SYN.

Brat go zaakceptował. Pokochał swoim serduchem.
Krzysio podbiega do Pawła, krzyczy: "Dzidzi, hajo", podaje rączkę, głaszcze po główce.
Ostatnio zdarzyło się, że Krzysiowaty zasnął trzymając Brata za rękę. To jest Miłość.

W tzw. międzyczasie musiałam spędzić z Pablem dwa tygodnie w Klinice Nefrologii. Było, minęło.

A teraz?

Ogarnianie rzeczywistości. Składanie prania, robienie pranie, ogarnięcie łazienki itp. itd. Czyli never ending story w pracach domowych...

Na obrotach, póki drugorodny śpi.


wtorek, 28 października 2014

A rączki muszą być czyste

Od kilku dni bawimy się m.in. farbami plakatowymi oraz ciastoliną. 

Mój Syn lubi mieć czyste rączki. Mała kropka farbki na paluszku sprawia, że akt radosnej twórczości trzeba przerwać. Rączka musi być czysta! Gdybyście widzieli miny jakie robi Krzysio kiedy dotyka ciastoliny. Obrzydzenie połączone z niedowierzaniem. Wyraz zgorszenia na twarzy. Na usta ciśnie się jedno słowo: "Bleee". Pomimo swojej niechęci do materiałów bardzo nijakich w dotyku, Krzysiolek nie poddaje się. 

Wczoraj robił ciastolinie bam, bam i brał do rączki. Zrobiliśmy kilka jeżyków. Jak?

Prosta sprawa. Najpierw należy zrobić kulki z ciastoliny. Położyć na kartce. Pozwolić dziecku na zrobienie kulce bam. Pociąć słomki. Powtykać słomki do ciastoliny. Tadam.

Jesienne, kolorowe jeże zrobione.





A zabawa farbkami wyglądała tak:




czwartek, 23 października 2014

Ostatnie dwa miesiące wakacji

Mój brzuch dorósł do rozmiarów XXL. Ponoć w ciąży z Krzysiolkiem byłam większa. Nie wiem, nie pamiętam a zdjęcia kłamią :). 

To moje ostatnie dwa miesiące bycia Mamą tylko dla jednego Synka. Właśnie tak teraz myślę o tym czasie. 

Ostatnie tygodnie, kiedy mam sporo czasu dla siebie, na bycie ze sobą. 

Krzysio żłobkuje a Mama ogarnia sprawy dnia codziennego.

A kiedy jesteśmy razem, muszę pamiętać, że z nami jest ktoś jeszcze, że w brzuchu buszuje brat mojego Syna.

Żałuję, że nie mogę wyhuśtać Krzysiolka tyle, ile bym chciała oraz że Jego podnoszenie muszę ograniczyć do niezbędnego minimum.

Żałuję, że w ostatnim, najpiękniejszym tygodniu października, nie mogłam dać z siebie wszystkiego podczas zabawy na placu zabaw. 

Żałuję, że kondycyjnie niewiele mogę. Przy 1,5 rocznym bobasie wymiękam dość szybko. 

Ale warto przeczekać ten czas, żeby zobaczyć jak dzieci bawią się razem, jak na siebie reagują, czym się od siebie różnią a w czym są podobni.

Pocieszające jest także to, że istnieją zabawy, w które ciężarna Mama może się zaangażować w 100%. Najprostszy przykład i jego efekt:


Ten wybitny rysunek przedstawia mnie-Mamę, Tatę, który idzie za rączkę z Krzysiem oraz Krzysiową żyrafkę (dzisiaj zorientowałam się, że bezimienną... oj, trzeba to naprawić). Jest słonko, deszczyk narysowany rączką mojego Syna, kilka kresek także Jego autorstwa. Samochód, trawka, tęcza, no bo skoro pada deszcz i świeci słońce. 

Największe szczęście i spełnienie daje rodzina. 

Ot,co :)

środa, 22 października 2014

Deszczowa pogoda, moje minimum ratunkowe

No, Kochani, deszcze niespokojne plus wiatr, taka aura za oknem. Ratuję się jak mogę, żeby nie bolała mnie głowa. Co przychodzi z odsieczą i pomaga w pokonywaniu jesiennej chandry?

WŁASNORĘCZNIE (WŁASNOEKSPRESOWO RACZEJ) WYKONANA KAWA LATTE


W drugiej ciąży pozwalam sobie na wypicie jednej kawy dziennie. Oczywiście nie zawsze korzystam z tego przywileju, ale jak pogoda za oknem jest taka, jak dziś. Kiedy czuję, że moja głowa za chwilę eksploduje, to robię kawę. Wprawdzie podobny efekt radzenia sobie z bólem głowy osiągnęłabym zjadając jednego posolonego świeżego ogórka i pomidora oraz popicie tej strawy szklanką wody, no ale umówmy się, kawa jest zdecydowanie smaczniejsza.

A DO KAWUSI COŚ SŁODKIEGO...













Żadne michałki, kasztanki czy inne tiki taki, najlepsze są trufle. I to dokładnie te, ze zdjęcia. Łyczek kawki, gryzek czekoladki i rzeczywistość nie jest już tak szaro-buro ponura.




SYROP DO ROZCIEŃCZENIA WODĄ - HERBAPOL - MELISA Z GRUSZKĄ I GŁOGIEM


Na dobry smaczek, kiedy chce się pić, dostarczyć organizmowi niepotrzebnych kalorii. Rozcieńczone zimną wodą smakuje najlepiej. W dodatku można sobie wmówić, że rzeczywiście ma działanie wyciszające.

KAWAŁ DOBREJ MUZYKI


W oczekiwaniu na pojawienie się nowej płyty Pink Floyd (nowej płyty z materiałem, który przeleżał 20 lat:/), zadowalam się innymi dźwiękami. Dziś towarzyszył mi Depeche Mode. 

P.S. Mężu, czy jest chociaż cień szansy, że płytę floydów przyniesie mi św. Mikołaj? Pogadaj z nim, wiem, że masz  u niego wtyki :).

P.S.2 Płyta ma się ukazać 10 listopada, więc najpewniej wcześniej się o nią postaram... Taki los :).

DOBRE CZYTADŁO


Tego typu książki lubię. Zasiadam nad nimi z kubkiem dobrej herbaty, moim zeszytem z zapiskami i notuję. Polecam!

ZMYWANIE PROBLEMÓW Z CIAŁA



Najlepsze produkty do cielesnej regeneracji. 

Olejek do kąpieli firmy Bielenda - Mandarynka i verbena. Jestem fanką tego zapachu od wielu lat. Zapomniałam na chwilę, ale wracam do niego. Najlepszy towarzysz codziennych kąpieli.

A twarz dobrze jest potraktować serią firmy Ziaja - Liście manuka. Żel myjący i tonik zwężający pory. Natychmiastowe uczucie pożądanej świeżości.





Kiedy  jednak wszystkie czynniki zawodzą i nic nie jest w stanie poprawić mojego nastroju to rozglądam się i stwierdzam, że inni mogą mieć gorzej. Najbliższy przykład. Mokro, zimno a Panowie nie dają za wygraną. 







niedziela, 28 września 2014

Poważny minus chodzenia do żłobka

Mogę śpiewać pieśni pochwalne na cześć żłobków i przedszkoli. Oczywiście nie wszystkich, tylko tych, które z czułością i starannością opiekują się dziećmi, ale mam cichą nadzieję, że takich jest więcej.

Mogę opowiadać o tym jak wspaniale rozwija się dziecko pomiędzy innymi dziećmi, jak uczy się bycia  w grupie, walczenia o swoje, przeżywania pierwszych drobnych i większych rozczarowań spowodowanych odebraniem zabawki. 

Mogę powiedzieć o tym, że cieszę się z urozmaiconego jadłospisu, bo zależy mi na tym, żeby Syn poznał jak najwięcej smaków, jadł to, co ma na talerzu, bez zbędnego kapryszenia. 

Mogę mówić, że obecność wykwalifikowanej kadry pań zajmujących się moim Synkiem sprawia, że ze spokojem w sercu mogę oddać go pod ich opiekę na kilka godzin. W dodatku, dziecko wraca do domu wybawione, ze słonecznym uśmiechem na twarzy. To jest wielki plus. 

Jedynym wielkim minusem uczęszczania Krzysia do żłobka jest ilość infekcji, przez które musimy przejść. Zaledwie tydzień temu wychodziliśmy z choróbska a już pojawiło się nowe. Być może tamto było niedoleczone, być może odporność podupadła na tyle, że z mistrzowską prędkością przygarnął innego wirusa... Słońce świeci za oknem a my wygrzewamy się w domu, zbijamy gorączkę i staramy się odetkać nos. 

Zastanawiam się czy mój Syn wydobrzeje na 100%  i dłużej niż  przez miesiąc, będzie cieszył się doskonałym zdrowiem. Wystarczy, że nie będzie miał zatkanego nosa a już będzie o wiele lepiej... 




wtorek, 23 września 2014

Pierwszy weekend bez Syniastego

Kochani, nie było łatwo. Krzysio poradził sobie wspaniale, ale ja, Mama kwoka, naryczałam się jak bóbr. Łez ocieranie zaczęłam po odprowadzeniu Synka do żłobka. Wsiadłam do auta i uskuteczniłam mega ryk. Po przekroczeniu progu domu zobaczyłam porzuconą przez Krzysia, samotną zabawkę i łzy poleciały kolejny raz... Mąż nazwał mnie beksą. Zasłużyłam na to zaszczytne miano.

Wyskoczyłam z Mężem na weekend do Karpacza. Było cudnie. Hotel Dziki Potok okazał się trafem w dziesiątkę. Pyszne jedzenie, basen, sauna, jacuzzi, same wSPAniałości. Szósty miesiąc ciąży odwiódł mnie od wspinaania się na Śnieżkę, ale chociaż Dom Śląski odwiedziłam. Wjazd wyciągiem z Karpacza na Kopę i z powrotem, koszt: 30 zl, zaupa gulaszowa w Domu Śląskim, koszt: 12,50 zl, chwile spędzone na pogaduchach z Mężem, bezcenne.

Moją ukochaną Śnieżkę przytuliłam z daleka :).

Cudowny czas.

Okazało się, że nasz Syn lubi przebywać z Babcią, lubi mieć wakacje od nas.

Zacny czas :)





piątek, 22 sierpnia 2014

HORMONY! PRECZ!

Robią ze mną, co im się żywnie podoba. Dyktują kiedy MUSZĘ płakać. Wynajdują mniej lub bardziej błahe powody i zakorzeniają w mojej głowie. Progesteron, estrogen i prolaktyna - nie lubię tej mieszanki w takiej dawce.

Dzisiaj, po odstawieniu Krzysiolka do żłobka, jadąc samochodem do pracy, płakałam, bo pomyślałam sobie, że życie jest jednak pochrzanione. Ja w ciąży, Junior w żłobku, Mąż w wiecznej pracy, daleko od nas. Jedyne co pozostaje, to nachapać się sobą przez weekend, zagryźć wargę i nieść samotnie radości i smutki dnia powszedniego. A wieczorami, kiedy mam czas "dla siebie" tak naprawdę nie mam ochoty na nic. Jestem sama. Nie chcę rozmawiać z nikim przez telefon. Jestem ja i moje irytujące do granic możliwości zmęczenie.Czuję się tak wypompowana, że wszelkie plany dotyczące czytania, pisania, słuchania muzyki, szperania w necie, biorą w łeb. Nawet odpocząć porządnie nie mogę, bo za dużo myślę.

Ponoć to normalne, ponoć to minie - kiedyś... A teraz pozostaje mi ujarzmianie tych podstępnych hormonalnych zawieruch. Skupić się nad tym co tu i teraz, pomyśleć o przyszłości i przypominać sobie, że ten moment, ta chwila, przeminie. Te odczucia miną. Trzeba wytrwać.

sobota, 26 lipca 2014

Brzuchol mi rośnie

Tym drastycznym tytułem chcę podzielić się z Wami wesołą nowiną. Krzysio będzie miał braciszka. 

JUPI!

Wprawdzie to dopiero 16 tydzień ciąży, ale już wiem, że będziemy mieć drugiego Synka. Ponoć chłop jak dąb z niego i widać, bardzo wyraźnie widać, że rośnie chłopak. 

Po małych dolegliwościach pierwszego semestru (poranna zamuła przeciągająca się do wczesnych godzin popołudniowych połączona z sennością) nie ma ani śladu. Czuję się bardzo dobrze. Chyba aż za dobrze, bo przesadzam z niektórymi aktywnościami. Ponoć nie powinnam podnosić rąk do góry (dobry żart) i podnosić ciężkich przedmiotów. No cóż, Bejbik w brzuszku musi przywyknąć, że Matka Polka ze mnie pełną parą. Wykonuję komplet czynności obowiązkowych przy dziecku nr 1, kilka nadobowiązkowych oraz targam, przenoszę, noszę siaty z zakupami. A jakże.

Co w związku z nową, drugą ciążą? Kilka postanowień na przyszły miesiąc:

- chodzić na basen, przynajmniej raz w tygodniu

Od kilku miesięcy jestem szczęśliwą posiadaczką kilkunastu karnetów na basen. Do tej pory wykorzystałam tylko dwa z nich... It's a shame... Skąd ta opieszałość? Mam opory w pozostawianiu Syna pod opieką Męża. Dlaczego? Tato dzieckiem nie potrafi się zająć? No nie. Jest najlepszym Tatą jakim może być i jakiego Krzyś mógłby sobie wymarzyć. Mam wyrzuty sumienia, że Syn będzie beze mnie. Durne, prawda? Durnowatość do kwadratu! Przecież potrzebuję odrobiny basenowego relaksu. Każda kobieta, który była/jest w ciąży, doskonale wie jak dobrze jest od czasu do czasu wyłączyć ból kręgosłupa i dać jemu odpocząć. A i Panom dobrze zrobi pobycie ze sobą sam na sam. Przecież mają swój męski świat.

- czytać książki, co najmniej jedna cenna lektura w miesiącu

Kiedyś, oj kiedyś to ja byłam pochłaniaczem książkowym. Teraz wykorzystuję podstępny zjadacz czasu, telewizor. Włączony wieczorem nie daje nic oprócz odmóżdżenia i dodatkowego zmęczenia. Zamienię go na lekturkę. Wieczorna uczta dla duszy.

- aktywniej i efektywniej spędzać czas z Synem

Wymówkom typu: jestem zmęczona, muszę posprzątać łazienkę, wypowiadam wojnę. Planować zabawy, zaskakiwać pozytywnie Dzidziorka - oto mój plan. Gdzieś tam po drodze będę wymiękać, ale cel mam. Aktywne spędzanie czasu, to jest to. Przynajmniej dopóki Syn numer 2 i wielkość mojego brzucha na to pozwoli...

- zabieranie Mężolka na randolki 

Nie ukrywam, że jesteśmy dość specyficznymi rodzicami. Nie podrzucamy dziecka Babciom, nie wychodzimy na całonocne imprezy, jeśli gdzieś wyjeżdżamy, to całą rodziną. Tak jest nam dobrze. Przyznam jednak, że dobrze by było móc raz na jakiś czas, spędzić małe sam na sam z Mężem, poza domem. Przecież on nadal jest interesującym, przystojnym Mężczyzną, z którym chcę spędzać czas.

- rozwijać swoją kulinarną pasję i lepszą organizację

Od pewnego czasu gotuję przede wszystkim w weekendy. Dni powszednie to jedzenie Synka w żłobku, Mąż je poza domem a ja wyciągam coś z lodówki, wkładam między kromki chleba i przemycam do żołądka. Nie najlepszy pomysł na menu dla ciężarnej, wiem. Gdybym tylko chciała zaplanować obiad nieco wcześniej, zrobić zakupy. Czasami pozwolę sobie na obiad cateringowy, a co ;).


itd. itp :D











poniedziałek, 14 lipca 2014

Poweekendowy przegląd krzysiowy

Poniedziałkowe uzewnętrznienie

odkąd wróciłam do pracy po półtorarocznej przerwie a mój Mąż ma pracę bardzo wyjazdową, doceniam weekendy ze zdwojoną siłą. Nie lubię obudzić się w sobotni lub niedzielny poranek i nie wiedzieć co będziemy robić. Najmniejszy zarys planu, kilka opcji do wyboru - na wypadek pięknej pogody lub jej braku, sprawia, że mam na co czekać. Tak lubię najbardziej. Aktywnie, efektywnie, konkretnie. Jest poniedziałek a ja już wiem jak będzie wyglądał nasz następny, rodzinny weekend a w głowie rysuję plan następnych atrakcyjnych weekendów. 

Nasz weekend w migawkach

Sobota upłynęła (tak, to najodpowiedniejsze słowo) pod znakiem jeziorowania w Lginiu. Pogoda dopisała. Towarzystwo także. Zaprosiliśmy na wspólny wypad Teściową (moją). Babcia zajmowała się wnukiem a ja miałam okazję popływać z Mężem kajakiem. Godzinny regeneracyjny wypad śladem przemoczonej trzciny. Napęd na jedno wiosło sprawił, że bez problemu dopłynęliśmy na drugi brzeg jeziora. Mąż miał okazję wzmocnić swoje tricepsy oraz mięśnie obwodowe a ja rozkoszowałam się widokiem wody z miejsca w pierwszym rzędzie. Trochę bujało. Trochę słonko opalało. Przyjemność zaliczona. 

Niedzielę spędziliśmy w Parku Krasnala w Nowej Soli. Synek miał okazję podziwiać zwierzaki w mini zoo, korzystać z placów zabaw, posiedzieć na sztucznym słoniu, przywitać się z krasnalem, zjeść gałkę jagodowych lodów. Największą atrakcją było to, co zabrał ze sobą z domu - łopatka i wiaderko. Co tam kucyki, osiołki, mniejsze i większe ptactwo, skoro jest piasek i łopatka. Wielkim zainteresowaniem mojego Syna cieszyły się także kamyczki, te mniejsze i te większe.

A ja, na pamiątkę tego niedzielnego wypadu, kupiłam sobie dwie książki:





Skąd taki wybór? Gretkowską kiedyś czytałam i całkiem, całkiem podobała się. Wprawdzie była to inna książka, ale mam nadzieję, że tym razem mnie nie zawiedzie.

Książka kucharska z podpowiedziami przysmaków dla dzieci - tego nigdy za wiele. Oczywiście, że ogrom przepisów można znaleźć w Internecie, ale pozostaje to ALE - w rywalizacji ze szklanym ekranem, kartka wygrywa.


wtorek, 8 lipca 2014

Piętnastomiesięczny terrorysta

Nasz Kochany terrorysta wkroczył niedawno w szesnasty miesiąc swojego życia. W jego głowie czają się kolejne wspaniałe terrorystyczne metody walki z rodzicami. On - niepokonany i my - nieugięci. 

Krzysio wykazuje terrorystyczne zapędy od czasu, kiedy go na świecie nie było. Pływał w brzuszku, kopniakami obdzielał mnie równo. Nie chciał przywitać się z tym światem, dlatego poród miałam wywoływany. Zaparł się rączkami, nóżkami. Uparciuszek - już za maleńkości. Siłą wyciągnięty z maminego brzucha, tydzień po wyznaczonym terminie.

Po tym fakcie, mógł terroryzować swoich rodziców "face to face". Frajdę miał wielką. I od samego początku nie znał półśrodków. Albo było dobrze - wtedy najczęściej spał, albo wszystko było nie tak i wtedy mógł wytoczyć najcięższą artylerię - płacz. Oj tak, zacięcie do płaczu to on miał. Jedzenie, mleko prosto z cycka, musiało być podane co dwie godziny. Ani minuty spóźnienia, a najlepiej jeszcze przed czasem. Kocyk równo na nim położony. Czasami, pomimo tego, że było zdecydowanie ciepło, było mu za zimno. Kiedy się nudził, okazywał to krzykiem - taki słodziak.

To ostatnie zostało mu do tej pory. Jeszcze muszę chwilę poczekać na słodziutkie: "Mamo nudzę się". Nuda nadchodzi najczęściej wtedy, kiedy jestem zajęta w kuchni. Maminą zajętość mój pierworodny wyczuje w tempie ekspresowym. Przybiega i zaczyna swoją przyblatową gimnastykę. Troszkę się wiesza na szafkach, później chce się bawić koszem na śmieci, pokręcić kurkami od kuchenki. Takie kuchenne wygibasy. Ostatecznie stwierdza, że coś by chciał wrzucić na swój jeden z ośmiu zębów. Owoce, krakersy, ciasteczko - preferencje ma różne. 

Swoje terrorystyczne zapędy ujawnia kiedy wypije kubek soku i ma ochotę na więcej, więcej, więcej a my, niekoniecznie chcemy jemu ten sok dać... Oj, dantejska scena się wtedy rozgrywa. 

Ataki terrorystyczne płaczem odbywają się od czasu do czasu także podczas spaceru. Nasz Krzysio nie po to ma nogi, żeby jeździły wózkiem. One chcą chodzić, tuptać, wchodzić, schodzić i straszyć mrówki. Przez chwilę mogą sobie pojechać, relaks jest wskazany, ale musimy im dać się wybiegać. Szkoda, że mają na to ochotę w najmniej odpowiednim dla nas momencie. To wielkie niezadowolenie trzeba przetrwać.

Ćwiczenie cierpliwości rodziców jest także wtedy, kiedy Junior jest zmęczony a za Chiny Ludowe, nie chce położyć się spać... Ooooooo, tak. 


Podsumowałam najważniejsze ataki. Są także inne, mniej spektakularne, ale tak samo CIEKAWE - tak jak badania bywają CIEKAWE. 

Tego naszego cudownego terrorystę nie zamieniłabym na żadnego innego.




piątek, 27 czerwca 2014

Mały żłobkowicz

Nasza wielka przygoda ze żłobkiem zaczęła się pod koniec maja. Wtedy właśnie Krzysio zaczął uczęszczać na tzw. zajęcia adaptacyjne. Przez cztery dni w tygodniu chodziłam z nim do żłobka. Pierwszego dnia byłam z nim w sali zabaw przez dwie godziny. Już wtedy Synek pozytywnie mnie zaskoczył, bo nie trzymał się mnie kurczowo. Trochę się krępował, ale ciekawość nowych zabawek była większa. Przez następne dni zostawał sam (beze mnie) w sali. W żłobku, który wybraliśmy dla Krzysia, są lustra fenickie. Szalenie mi się to podoba, bo dzięki temu mogłam kontrolować sytuację, obserwować Synka, bez wchodzenia do sali. 

Od początku czerwca odprowadzamy Maluszka do żłobka przed godziną ósmą a odbieramy przed godziną szesnastą. Pierwsze trzy dni Krzysio bardzo cieszył się, że idzie do dzieci, z chęcią wchodził do sali. Kiedy go odprowadzam, to bez zbędnych ceregieli opuszczam salę, żeby nie przedłużać momentu rozstania. Wiem, że przez kilka pierwszych dni, wprawdzie nie płakał kiedy go zostawiałam, ale później tak. Niestety. Teraz jest odwrotnie. Kiedy parkuję przy żłobku, to już zaczyna płakać. "Na alarmie" wchodzimy na salę. Na szczęście szybko się uspokaja, będąc na rękach u opiekunki. Wiem to dzięki obecności luster fenickich :D (Ha, chwała temu, kto je wymyślił!:)  Opiekunki mówią, że później Krzyś nie płacze, ładnie zasypia oraz je. 

Mieliśmy ponad tygodniową przerwę w żłobkowaniu, ponieważ Krzysio zachorował. Miał zapalenie krtani, które przeistoczyło się w zapalenie oskrzeli. W związku z tym, ten tydzień jest dla nas ponownym oswajaniem nowej sytuacji.

Chciałabym, żeby któregoś, pięknego dnia, mój Synek pomachał mi z uśmiechem na twarzy i poszedł bawić się z dziećmi bez zbędnych łez. Oto moje marzenie :)




poniedziałek, 23 czerwca 2014

Czas zmian

Ostatnie dwa miesiące są dla nas rewolucyjne. Zmiany, zmiany, zmiany.


Przyszedł maj a z nim... nowa praca mojego Męża. Praca bardzo wyjazdowa. Godziny spędzane razem skróciły się do maksimum. Weekend - to czas dla nas. Reszta tygodnia poza zasięgiem.

Nadszedł czerwiec. Wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim a Krzysio podreptał do żłobka. 

Zmianom towarzyszą uczucia, emocje, różne postawy.

Zmiana pracy Męża dostarczyła:
- radość - dobrze jest widzieć, że najukochańsza osoba chce się rozwijać i ma taką możliwość,
- niepokój - a jednak będzie inaczej, bo Męża więcej nie będzie niż będzie, bo zamiast  realnego wieczornego przytulenia będzie rozmowa telefoniczna, czy uda się wytrwać w pełnym szczęściu?
- strach - czy ja sobie poradzę z ogarnięciem codzienności? 
- wiarę - zmiana pracy, to lepsze finanse, a lepsze finanse, to łatwiejszy dostęp do realizacji marzeń :),
- tęsknotę - za obecnością drugiej osoby...,

Mój powrót do pracy przyniósł:
- zadowolenie - wróciłam do tego, co lubię robić, czym lubię się zajmować, wróciłam do miejsca, w którym odpoczywam i jest wręcz idealne na ukojenie zmysłów,
- wolność - wrażenie odrębności wzrosło,
- zdziwienie - wszystko jest takie, jakie znam, wiele rzeczy nie zmieniło się, mogę zasiąść za biurkiem i wiem, co mam robić,
- lotność - zmiana otoczenia, inne czynności sprawiły, że chce się chcieć,
- życzliwość - różnych osób.

Rozpoczęcie przygody ze żłobkiem przyniosło:
- radość - przez pierwsze kilka dni, rozłąka z Mamą nie była dla Krzysia niczym strasznym, dnia czwartego przyszło załamanie i czas na...
- smutek - Maluszek zaczął płakać już przed żłobkową salą, Mamie serce pęka, ale ma nadzieję, że to minie, 
- śmiałość - zauważyłam, że rośnie nam wszędobylski, uroczy maluch :). 

Póki co, tyle.

Nastał nowy tydzień, czas na kolejne uczucia, odczucia i przeczucia.

środa, 23 kwietnia 2014

Kiedy sąsiad remontuje...

Wielki Piątek był dla niektórych Wielką Okazją do rozpoczęcia remontu. Na nieszczęście dla innych - czyt. zwłaszcza dla mnie, wielkimi krokami zbliżała się drzemka Syniastego. Wiertara grała pierwsze skrzypce nad naszymi głowami. Od czasu do czasu przybijał piątkę młotek (właściwie. to młociszcze było). 

Co zrobić, co zrobić?

Zapakuję Juniora do wózka. Wyprowadzę na spacer. Zdrzemnie się i po problemie.

Ha,  deszcz PADA!

Co zrobić?

Mam samochód. Mam prawo jazdy. Muszę wybrać się do sklepu. Połączę te elementy i pojawi się rozwiązanie doskonałe. W drodze powrotnej Junior zaśnie. Wezmę ze sobą książkę. Synolek będzie spał a ja, ja poczytam! Genialne.

Tak też się stało. 

Najmilszy pobyt w samochodzie ever :).


czwartek, 10 kwietnia 2014

Picie mleka - przereklamowana sprawa


Mamo, czy wiesz, że kiedy  po roku skończysz karmić piersią, to Twoje mleko nie musi być zastąpione mlekiem modyfikowanym?

Krzysio od pewnego czasu nie pije z maminej piersi. Nie pokochał smaku mleka modyfikowanego. W sumie, nie dziwię się Jemu. Słuchałam podpowiedzi swojej intuicji i żeby zapewnić "jakąś" dawkę wapnia, podsuwałam mu jogurciki, twarożki, kefirki i żółty ser. Chciałam to skonsultować z lekarzem, bo powszechnie znana jest opinia, że dziecko do drugiego roku życia powinno wypijać dziennie dwa kubki mleka. 

Tak, może i powinno, ale nie musi! Wystarczy zastąpić to źródło wapnia innymi produktami i po kłopocie. 

Obawiałam się, że brak mleka w diecie mojego Synka, negatywnie wpłynie na wzrost jego kości i w dodatku będzie miał niedobory określonych witamin. Oczami wyobraźni widziałam kruchość jego kości... Tak, MY, kobiety, mamy niesamowitą zdolność martwienia się na zapas. 

Lekarz rozwiał moje wątpliwości. 

Spokojniejsza JA - będę serwować pochodnomleczne deserki i już.


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Obchody pierwszego roczku

W czwartek świętowaliśmy w skromnym gronie. Był Jubilat, Mama i Tata oraz upieczony przez Mamę muffinek z jedną świeczką. Synek zdziwiony, ale i zadowolony, bo uwielbia wszelkie światełka. Tym małym, jednym też nie pogardził. Światełko nie dało się złapać, bo zostało zdmuchnięte przez Mamę. Życzenie za Synka też pomyślałam, a jakże. 

Wczoraj natomiast, mieliśmy gości. Było bardziej uroczyście. Z wielkim tortem zrobionym przez Babcię, 


kolorowymi balonami oraz cudownym bukietem tulipanów. 

Przed urodzinami najwięcej moich myśli zaprzątał tort. Od kiedy Krzysio zaczął przechodzić fascynację Gummy Bearem, stwierdziłam, że w jego pierwszym torcie motywem przewodnim będzie właśnie ten misiek. Chciałam upiec biszkopty, poprzekładać kremem i zabawić się w mistrza masy cukrowej i stworzyć miniaturkę miśka. Dałam sobie spokój, kiedy zobaczyłam, że mój Synek nie jest stały w uczuciach co do gumiastego. Teraz lubi kotka z piosenki Janusza Radka oraz jest żywo zainteresowany muchą w mucholocie. Mogłabym sama wykonać innego torta, z masą, ale najlepsze torty (cholera, aż sama nie wierzę, że to napiszę...) robi moja Teściowa. Oddałam tworzenie tortu w najlepsze ręce. Babcia podjęła wyzwanie z wrodzoną odwagą i stworzyła cudo. Mniamniuśne i nie bezduszne - na tym też bardzo mi zależało. 

Goście podjęliśmy obiadem, deserem, wspólnym spacerem. Było przemiło. Krzysiowi humor dopisywał i cieszył się, bardzo się cieszył tym dniem a to najważniejsze. 

:D