poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nasza gra - omijanka spacerowa



GRACZE:
Mama,
(i/lub) Tata,
śpiący Syn w wózku (warunek niezbędny),
 reszta świata.

RODZAJ GRY:
zręcznościowa, logiczna i prognostyczna

ZASADY:
Wariant optymistyczny
Podczas spaceru dziecko PO PROSTU zasypia w wózku. Nie narzeka, nie biadoli, nie marudzi, po prostu odpływa w przyjacielskie ramiona Morfeusza. Zauroczeni tym widokiem, z miodem wylanym na serducho, stąpamy cichutko zaprzyjaźnieni ze światem. Idziemy w sobie znanym kierunku, kroczymy dumni, zadowoleni, wyprostowani i... zaczynamy grać w omijanie ŹRÓDEŁ HAŁASU. Jakich? Wszelakich możliwych, niemożliwych, wielce prawdopodobnych i tych, które zdarzyć się nie mogą, bo są tak nierealne (jak np. to, że jakaś Babka z drugiego końca ulicy, zacznie się z nami miło i głośno witać, po czym stwierdzi, że pomyliła nam z kimś innym...). Omijamy zdecydowanie przez cały czas trwania snu Dziecka, ze szczególną uwagą na 30 minutę, 40 i 45. 

Nie możemy zapomnieć, że wszelkie prawdopodobne źródła hałasu to: 
- dzieci nadchodzące z lewej, prawej strony, 
- dorośli idący, stojący, gadający przeważnie głośno, bo inaczej nie można się usłyszeć,
- samochody, bo przecież są wyposażone w zabójców snu Maluszka, czyli klakson,
- śmietniki, zwłaszcza pojemniki na białe (zdecydowanie głośniejsze podczas tłuczenia niż kolorowe) szkło,
- boiska, szkoły, przedszkola - nie znamy godziny ani minuty, w której z tych miejsc wyjdą głośne obiekty,
- osoby rozmawiające przez telefony komórkowe, niemalże 100% społeczeństwa ubóstwia krzyczeć na swoich rozmówców po drugiej stronie...

itp. itd.

Wariant pesymistyczny
Podczas spaceru dziecko zasypia z pojękiwaniem i niechęcią, jakby zapadanie w sen było najmniej przyjemną sytuacją. Kiedy już śpi i udało nam się opuścić oparcie wózka, odklepując przy tym zdrowaśkę w intencji nieobudzenia Dzidziunia, zaczynamy kroczyć nieprzyjaźnie i podejrzliwie. Nawet Bogu ducha winne drzewo, stojące od lat nieprzerwanie w jednym miejscu, jest podejrzane o chęć przerwania snu dziecka. Ma przecież gałęzie, które z hukiem mogą runąć na ziemię! Mogą? No mogą! I idziesz posępnie przeklinając w duszy wszelkie możliwe, niemożliwe i wielce nieprawdopodobne źródła hałasu, uciszając wszystkich dookoła. 

Wszelkie prawdopodobne źródła hałasu to:
całe otoczenie.



Mamy, które walczą o każdą przespaną minutę swojego dziecka, zapewne wiedzę o czym mówię. 


Gramy tak nieprzerwanie od czasu jakiegoś. Zdobywamy kolejne poziomy wtajemniczenia i kiedy okazuje się, że jedynym miejscem godnym spacerowania jest krótki odcinek chodnika, to jesteśmy gotowi maszerować nim przez godzinę, tam i z powrotem, tam i z powrotem... Niczym żołnierze maszerujący w obronie krzysiowego snu. 





środa, 4 grudnia 2013

Od wczoraj - OSIEM!

Chciałam, żeby ten post pojawił się wczoraj. Wieczorem padłam i nie powstałam, więc piszę dzisiaj :).

Mamy ośmiomiesięcznego Synka, z trzema ząbkami na dole (dwie jedynki i prawa dwójka) i białym punkcikiem w miejscu lewej dwójki.

Synolek waży 10kg i uwielbia rzucać się na nas swoim małym ciałkiem. To rodzaj przytulania, taki atak z zaskoczenia. 


 Lubi wydawać różne odgłosy typu "brrrr". Brumka sobie tak radośnie rano, po obiadku, przed deserkiem, przed kąpaniem. Jest fanem tego dźwięku.

 Nie raczkuje, ale potrafi skutecznie przeturlać się, przedostać, tylko w sobie znany sposób, do określonego celu.

Bardzo dobitnie wyraża chęć spróbowania tego, co jedzą rodzice. Oczywiście nie dajemy Jemu wszystkiego, ale mandarynki, kawałek chlebka  z masłem - takimi rarytasami  nie pogardzi nasz Maleńtas.

Mruczy kiedy je. Wszyscy zwracają na to uwagę i nie mogą się nadziwić, że można być takim mruczkiem.

Jestem fanką jego uśmiechu i śmiechu. Potrafi sam siebie rozśmieszyć i muszę przyznać, że klaruje się ciekawe poczucie humoru.

Siada i siedzi samodzielnie a wczoraj wstał bez naszej pomocy, przytrzymując się barierek łóżeczka.

Uwielbia kiedy Tata wraca z pracy i kiedy goście wychodzą od nas. Macha przy tym radośnie i podskakuje.   

Ciekawe, co przyniosą następne miesiące.


wtorek, 26 listopada 2013

Mam!

Komercyjna sprawa. 

Odkąd usłyszałam, że mogę "dostać" w Lidlu (nota bene, jednym z moich ulubionych sklepów spożywczych) książkę kucharską, poczułam, że chcę ją mieć. I już jest moja. Wystarczyło wybrać się na zakupy z Mężastym, który skutecznie pomógł mi w otrzymaniu odpowiedniej ilości naklejek. Dobrze, że akurat teraz w naszej lodówce zaczęło świecić pustkami, skończyła się kawa ziarnista, że święta zbliżają się wielkimi krokami i coś dekoracyjnego zechcieliśmy kupić a Synek nosi Pampersy. Ziarnko do ziarnka i książka jest moja. No i co z tego, że zapewne wszystkie przepisy można znaleźć na lidlowskiej stronie. Twarda oprawa, papier dobrej jakości, doskonałe zdjęcia - bezduszność Internetu przegrywa pod każdym względem z takimi argumentami. Wprawdzie nie miałam czasu posiedzieć nieco dłużej nad nią, ale po przejrzeniu mogę powiedzieć, że dobrze, że jest :). Kolejne źródło gastronomicznej inspiracji. 

Polecam!




sobota, 16 listopada 2013

Syniasty, motyl, światełko i tik tak

Mamy swoje rytuały. Podczas jednego z nich, porannego, kiedy Synek bawił się w moim łóżku a ja cieszyłam się jego obecnością, odwiedził nas ON. Trzepotał skrzydłami przy oknie. Motyl? Z niedowierzaniem spojrzałam w jego stronę. Krzysio patrzył na niego jak zahipnotyzowany. Objaśniłam Syniastemu, że to jest motylek. Jak się dostał do sypialni? Pojęcia nie mam. Kilka godzin później, kiedy weszłam z Synkiem do sypialni i powiedziałam, że motylka nie ma, Krzysio spojrzał w stronę okna. 

Kiedy pytam mojego Synka: "Krzysiu, gdzie jest światełko?", on spogląda w stronę żyrandola. Kiedy zadaję pytanie: "Krzysiu, gdzie jest tik tak?", on patrzy na zegarek. W takich momentach zdaję sobie sprawę, że nasz Synek rośnie, z każdym dniem jest coraz mądrzejszy, coraz więcej rozumie. Moje serducho rośnie, kiedy widzę zachodzące w nim zmiany. 

wtorek, 12 listopada 2013

Przestraszności

A wieczorem, kiedy dziecię śpi, Mąż jest udobruchany pyszną kolacją a ja mam kilka chwil dla siebie, pojawia się w głowie myśl - napiszę małe co nieco, bo przecież działo się to, to i to. Odświeżam w myślach to, co chciałabym tutaj zamieścić. Pomysłów nie brakuje, zdarzeń także. Mam czas, mam czas, sa sa sa sa.
Herbata ze mną, więc co przeciwko mnie?


Siadam i zaczynam... przeglądać wpisy na innych blogach, czytać, szukać, szperać, wertować, przeszukiwać, doszukiwać.

Tik tak, tik tak - czas mija, ilość zielonej herbaty w kubku także.

Dzieję się wtedy PRZESTRASZNOŚĆ.

 Po jakimś czasie zegar pokazuje, że nastał CZAS najwyższy do pójścia spać.


P.S. Wskazówki targają mną, jak chcą... Do czasu!

:)

wtorek, 29 października 2013

Spacerowo

Krzysio wyjechał z Tatą na spacer. Po godzinie chciałam dołączyć do moich spacerujących mężczyzn. Zadzwoniłam do Mężastego, dowiedziałam się gdzie są i wyszłam im naprzeciw. Z daleka zobaczyłam jak mały Krzysio siedzi zadowolony w spacerówce. Rozgląda się. Mój Synek! Przyspieszyłam kroku. Schowałam się za budą wózka., wychyliłam zza niej głowę i zrobiłam "a ku ku". Syniasty uśmiechnął się. Zaczął dotykać mojej twarzy. Wyprostowałam się a Krzysio uderzył w płacz. Chyba dopiero teraz zorientował się, że przez chwilę nie było mnie przy nim. Być może chciał na ręce, chciał się przytulić. Być może...  A może, po prostu, zepsułam miły, męski spacer... 

Mama nie zawsze jest mile widziana ;)

Kiedy zniknęłam z jego wzroku, przestałam rozmawiać z Mężem - Synek mnie nie widział i nie słyszał, wtedy nasz Maleńtas się uspokoił.

Taka sytuacja :). 

czwartek, 24 października 2013

Zielono mi

Zielono mi w kubku na herbatę i zielono mi było w obiadowej miseczce. 

Naszła mnie taka ogromna ochota na makaron, że nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Nic nadzwyczajnego, ale dobre. Makaron z brokułami, zielonymi oliwkami i oliwą z oliwek. Mąż nie byłby zachwycony takim obiadem, ale... niech żyje słomiane wdowieństwo :D (co, nie zmienia faktu, że cieszę się, iż mój Małżon wraca już jutro:). 

Niech żyje makaron! Niech żyją oliwki! Niech żyją brokuły! I to wszystko razem wymieszane, niech żyje! 

Taka mała rzecz a cieszy. 

Dzisiaj mój Synek porzucił gondolę i przeskoczył do spacerówki. Czy to oznacza, że już nigdy nie będzie w gondoli jeździł? Nie będzie Malutki taki? Rośnie? Mały, duży chłopczyk.

Spacerówka od razu została ochrzczona lekkim deszczem. Pierwszy spacer w gondoli też odbyliśmy w deszczu. Historia zatoczyła koło.


środa, 23 października 2013

Piękna wiosna tej jesieni

Rok temu, kiedy Krzysio Patrysio pływał w maminym brzuszku, czuwał, żeby Mamie było ciepło. Nie pamiętam tak ciepłej zimy jak ta, którą przeżyłam z Synkiem pod sercem. Nie marzły mi dłonie! Nasz Aksamitek tak poważnie potraktował swoją rolę przynoszącego ciepło, że nawet teraz, będąc po drugiej stronie brzucha zafundował mi najcieplejsze lato, funduje najcieplejszą jesień. Żeby  tylko o zimie nie zapomniał :). 

poniedziałek, 21 października 2013

Poniedziałecek

Psssyt, mam chwilę dla siebie. Babcia Krysia zabrała wnuka Krzysia na spacer. Wiatr lekko wieje, ale jest cudne 17 stopni ciepła. 
Kawa Inka z mlekiem wpłynęła na biurko. Jestem, piszę!

Moi Drodzy, u nas wszystko byłoby w jak najlepszym i jak najpiękniejszym porządku, gdyby nie problemy z zasypianiem naszego Synka. Na początku swojego życia zasypiał sam w łóżeczku. Potem coś się zmieniło i w czwartym miesiącu uczyliśmy go samodzielnego zasypiania. A od kilku tygodni widzę jak bardzo ta nauka poszła w las. Syniewicz czasami zaśnie bez najmniejszego problemu, momentami problem się pojawi, ale można go spokojnie rozwiązać a innym razem pojawia się płacz, bo dziecię choć zmęczone spać nie chce (nie potrafi?). Trze oczy, nie chce się bawić, ziewa, ale z zasypianiem nie jest mu po drodze. O co cho?

Pomyślałam, skapituluję, odejdę od ponownej nauki samodzielnego usypiania, utulę, zaśpiewam kołysankę, wyziuziam, wybujam... NIE DZIAŁA! Zamierzony efekt osiągnęłam bodajże dwa razy...

No Mama, nie poddawaj się, pomyślałam. Skoro nie rączki, to może przyjemne bujanie w wózku zdziała cuda. Pomogło, ale to był wybryk jednorazowy. 

A dzisiaj,  Krzysio obudził się po siódmej. Do czasu wyjazdu na spacer, czyli do godz. 12stej, nie spał. Wsadziłam go do wózka i już powieki zaczęły same opadać. Skutecznie go zagadałam nie pozwalając zasnąć, żeby widział kto dzisiaj będzie Jego kierowcą. Niech przeca wie, że Babcia Krysia - mistrzyni krzysiowego wózka, będzie go dzisiaj wozić. Zobaczył Babcię, uśmiechnął się i po chwili zasnął. 

Wczoraj zaczęłam czytać książkę "Uśnij wreszcie". Ot, takie rozwinięcie myśli dotyczącej  nauki samodzielnego zasypiania zawartej w "Języku niemowląt" Tracy Hogg. 


Jestem nieco sfrustrowana i niebawem stoczę kolejną walkę, żeby nauczyć małego Krzysia Patrysia, spokojnego zasypiania. Niestety, łączy się to z wysłuchiwaniem Jego płaczu. Nie wiem czy jestem na to gotowa... Coś trzeba jednak zrobić.


środa, 9 października 2013

Jesiennie, półrocznie, wieczorowo

Dawno mnie tu nie było... Ale chcę Wam powiedzieć, że jestem  i chociaż rzadko się odnajduję, miewam się dobrze :D.

Krzysiowa załoga melduje, że Krzysio Patrysio liczy sobie pół roku i sześć dni. Słodziak z niego jest niesamowity. Wszystkich zachwyca swoim uśmiechem, który już nie jest bezzębny. W paszczęce pnie się ząbek nr 1. Co jeszcze się dzieje? Rośnie chłopak nam zdrowo. Waży 8650g, mierzy 70cm. Poznajemy się coraz lepiej. Odnajdujemy wspólny rytm dnia. Lubujemy się w nowych smakach. Zajadamy się kaszkami i oswajamy picie z butelki. Tak, przekonał się, że w butelce można odnaleźć coś pyszniastego. Już nie jest radykalnym antybutelkowiczem! Zmienia się mój Junior, oj zmienia. Z miesiąca na miesiąc jest wspanialszy, ten mój Cud kochany. 

U nas jesień wygląda tak:













niedziela, 25 sierpnia 2013

A my, mamy się i mamy się dobrze


Mężowaty ma urlop. Wakacjujemy się. Odpoczywamy. Wybywamy z domu i cieszymy się miłymi chwilami. 


Pierwszy raz, po tej stronie brzucha, towarzyszy nam Krzysio. 



NASZ SYN, ma już 4 miesiące i 3 tygodnie. 

Wspaniale jest móc widzieć jak się zmienia, doskonali w rozmaitych umiejętnościach. Ostatnio coraz dobitniej pokazuje, że chce czegoś dotknąć, czymś się pobawić i... z wielkim żalem przyjmuje do wiadomości, że pewne rzeczy do zabaw się nie nadają (np. pilot telewizyjny). 

NASZ SYN, mierzy 70 cm i waży 7700g. Odczuwam te gramy oj odczuwam ;). 

NASZ SYN od kilku tygodni oswaja się z glutenem. Kaszka jest mniam, mniam, mniam. Oj, taaaka dobra :).
A dzisiaj dostał pierwszą porcję marchewkowego przysmaku. Marchewkę przyjął ze spokojem, uśmiechem na ustach i zadowoleniem. Zuch chłopak. Jestem ciekawa jak będzie jutro, ale skoro pierwsze podejście skończyło się dobrze, to kolejne mogą być tylko lepsze. 

Ściskamy Was mocno z krzysiowego zakątka.

P.S. W tzw. międzyczasie zostałam fanką leśnych spacerów, ale o tym... inną razą :)





wtorek, 23 lipca 2013

Okaz zdrowia

Dzisiaj odwiedziłam jedną ze szkół rodzenia (tak, bo ja musiałam wyjść poza program i ukończyć zajęcia w dwóch szkołach;). Zabrałam Juniora ze sobą. Śmignęliśmy szybciorem (ale przepisowo!) przez miasto. Na miejscu porozmawiałam z koleżanką i skorzystałam z usług fizjoterapeutki. No skoro już tam byłam, to żal byłoby nie dowiedzieć się czegoś więcej o swoim największym Promyczku. Okazało się, że nasz Synek rozwija się z książkową dokładnością. Brzuszek i pępuszek idealny. Podnosi się chwytany za rączki. Leżąc na brzuszku wysoko unosi głowę i właściwie trzyma nóżki. Jest wzorcowo rozwinięty. Cieszę się bardzo. 

A kiedy mój książkowy model dziecka bawi się na macie 
... mogę chwilę odetchnąć przy kanapkach z najlepszym, najukochańszym chlebem i porcją dobrej książki kucharskiej 

A wieczorem słucham "Sky blue" Petera Gabriela i dziękuję za to, że mogę towarzyszyć Synkowi w jego ziemskiej drodze. 

TAK!

niedziela, 21 lipca 2013

Rocznica

Rok temu (a była wtedy sobota) przed godziną siódmą raną, obudziłam mojego Męża dzierżąc w dłoni test ciążowy. Pamiętam jak mnie wtedy przytulił i jak nie mogliśmy już zasnąć. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej skontaktować się z moim ginekologiem, żeby potwierdził lub odrzucił wersję dwóch kresek. Przez cały weekend powtarzałam, że ten test to jeszcze nic pewnego, więc nie cieszmy się na zapas... A moje serducho i tak wirowało z radości do nieba. Czułam się zdecydowanie inaczej niż zwykle. 

Będę Mamą?


W poniedziałek, prosto po pracy, pojechałam do lekarza. Wizyta ekspresowa. Weszłam do gabinetu zapytałam się czy może mnie przyjąć. Powiedział, że mam szczęście, bo akurat jedna pacjentka zrezygnowała z wizyty. Ha, szczęście, to moje drugie imię ;).
Dowiedziałam się.

Będę Mamą! 

Nasz Synek miał wtedy cztery tygodnie i był malutką kropką. Taką tyci, tyci. A teraz mogę codziennie tulić go w swoich ramionach. Kiedy całuję Jego małą główkę czuję, że to najważniejsze momenty w moim życiu. Rósł we mnie przez dziewięć miesięcy a teraz wzrasta obok Nas, z Nami, ucząc, że najważniejsza jest rodzina i wartości oraz uczucia, które ze sobą niesie. 

Jestem Mamą! 

Wszystko jest inne. Kiedy rozmawiałam z przyjacielem na temat macierzyństwa, słusznie stwierdził, że teraz jestem na ciągłym dyżurze. Kiedy mówiłam, że nie jest łatwo odnaleźć się w tej nowej roli, że trochę tęsknię za moimi aktywnościami, powiedział, że to dobry czas, bo wyzbywam się egoizmu. Tak! Uwielbiam! Teraz jest ten czas, który mogę  niemalże w 100% dać mojemu Synkowi. Jest cudnie.

Kocham być Mamą!


...czekam kiedy Krzysio Patrysio wybudzi się z drzemki, żeby móc go wycałować i spojrzeć w te cudne, niebieskie, uśmiechnięte oczy. Najwspanialszy dar od Boga.


wtorek, 9 lipca 2013

Dawniej butelkowicz, teraz antybutelkowicz

Próbuję namówić mojego Smerfa do picia z butelki. Odciągnięte mleko - zdrowe i pożywne, ale podane nie z piersiaka a z butelczyny - nie smakuje. Butelka nie jest byle jaka, calma Medeli, zaprojektowana specjalnie dla dzieci karmionych piersią. Dzięki niej mogę być pewna, że Synek nie porzuci moich piersi na rzecz butelki... Póki co, sytuacja wygląda tak, że nie chce porzucić moich piersi w ogóle. Nawet na jedno małe rendez-vous z buteką. Przez jakiś czas pił z niej chętnie. No, może trochę momentami grymasił, ale zaciągał butelkowego smoka i ostatecznie wypijał całą zawartość. Zrobiła przerwę w podawaniu mu mleka w taki sposób i ...dziecko się zbuntowało i mówi głośne i kategoryczne NIE!

Chcę przyzwyczajać Maluszka do nowych smaków. Herbatka z kopru włoskiego nie przeszła testu akceptacji. Rumianek bardziej zasmakował i został wciągnięty w ilości pięciu łyżeczek. To już coś. Ale podawać dziecku herbatkę łyżeczkami, to kiepska sprawa... Butelko, mam nadzieję, że doczekasz się momentu swojego wielkiego powrotu do łask nam miłościwie panującego Krzysia Patrysia. Czekam na ten czas, bo to zdecydowanie ułatwiłoby życie... Póki co, zostaje cycowanie, przekonywanie do butelki i zastanawianie się nad połączeniem kwestii karmienia na żądanie z wyjściem, chociażby do fryzjera czy kosmetyczki.

TAK! 

poniedziałek, 8 lipca 2013

A za nami trzy miesiące i pięć dni

Pisząc tego posta słyszę, że za ścianą, mój Synek Krzysiolinek konsumuje swoją piąstkę. Ciamka, mlaska. Wykąpane, wymasowane dziecię a jeszcze spać nie chce. Czasami odzywa się do zwierzątek na karuzeli. Za chwilę zaśnie. ON! 

ON, trzymiesięczny Promyk. Zmienia się z tygodnia na tydzień. Potrafi utrzymać maskotkę i ją polizać. Lubi też lizać dłonie Taty. Toż to takie smakołyki. Uwielbia siedzieć. Oczywiście póki co z nieco chwiejną głową i niesamodzielnie, ale lubi, oj tak, z kolan mamy (lub z poziomu fotelika) świat wydaje się bardzo ciekawy. Cudnie gimnastykuje się. Lubi przetaczać się na boczek. Nadal ćwiczymy pozycję brzuszkową i aż serce moje rośnie kiedy widzę jego zadartą, rozglądającą się główkę. Jest taki ciekawy wszystkiego, co dookoła. Na spacerze zadziera głowę do góry i sprawdza, czy coś widać przez siateczkowe okienko w gondoli. Czasami, kiedy jest zasłonięte, daje głośno wyraz swojej dezaprobaty dla takiego stanu rzeczy. 

ON, trzymiesięczny Smerfik waży 6800g i ma 69cm. Rośnie i nadal mnie zachwyca swoim bezzębnym uśmiechem. 

ON, zasnął.


czwartek, 27 czerwca 2013

Krzysiowy przegląd grzechotkowy

Towarzyszą nam w codziennych zabawach. Oto one, grzechotki mniej i bardziej doskonałe.

Na pierwszym miejscu, wygrywa bezapelacyjnie, grzechotka zakupiona przez Babcię:

Jedyna grzechotka, która doskonale nadaje się do małej dłoni naszego Synka. Krzysiewicz łapie ją i wymachuje. Góra, dół, góra, dół. Czasami zdarza się bęcek w głowę, ale to rzadkość. Wielką zaletą tej grzechotki jest to, że jest leciutka, wykonana z cienkiego plastiku, więc jakikolwiek jej zamaszysty kontakt z małym ciałkiem nie kończy się płaczem. Wspaniała!

Podobna kolorystycznie, ale nieco grubsza i przez to wylatuje szybciej z małej, ukochanej rączki. Słuchawka, czasami dzwoni głosem krzysiowego Taty. 

A oto kolorowe cudo, które przywędrowało do nas od Madzika :*. Zajmuje również miejsce pierwsze, bo Junior uwielbia kiedy wymachujemy nią nad nim. Macha wtedy rączkami i nóżkami. A kiedy jest dostatecznie blisko jego rączek, próbuje ją chwycić, przekłada koraliki. 
Kolejna grzechotka jest cudna ze względu na kolorystykę i na latające w środku kuleczki. Podarunek od Moni :*. Grubsza "rączka" sugeruje, że posłuży nam kiedy Krzysio Patrysio będzie trochę starszy. 

Grzechotka od Cioci Ani :* jest miękka. Cudna. Wystarczy nią pomachać a piesek powiewa uszami na wietrze. Sprytna. Można się nią pacnąć po głowie i poczuje się jedynie puch. Niestety byłam na tyle sprytna, że któregoś pięknego wieczoru, umazałam ją farbą do włosów. Osz ta Mama... 






wtorek, 25 czerwca 2013

Sjestowo

Krzysiowa Mama zrobiła sobie kawę Inkę z odrobiną syropu orzechowego, ukroiła kawałek szarlotki made by herself i postanowiła odezwać się w blogowym świecie. Słucham radiowej Trójki, bo... lubię :)

Krzysio rośnie, coraz ciekawszy otaczającego świata, łapie za brzegi swoich ubranek, pociąga za nie i z reguły jest zadowolony z życia. Wszystko byłoby cudnie, gdyby nie kłopoty z zasypianiem i płacz ze zmęczenia. Nawet jeśli zaobserwujemy, że Malec jest już śpiący - dotyka rączkami twarzy, pociera ją, ziewa - i odłożymy go łóżeczka, to i tak zaczyna się przejście przez płacz. Płacz zmęczeniowy towarzyszy nam przed drzemkami i przed zaśnięciem wieczorem...
Mały niecierpliwi się, bo jest tak zmęczony, tak bardzo chce zasnąć a jeszcze nie śpi. Podnoszę go, tulę, uspokaja się na chwilę, odkładam do łóżeczka i znowu płacz. Robię tak kilkakrotnie albo kilkunastokrotnie. Mam nadzieję, że niebawem to minie. Wcześniej samodzielnie zasypiał... przeoczyłam moment, w którym to się zmieniło. Nie wiem dlaczego tak się stało. No ale, złe nawyki należy zastępować dobrymi i właśnie do tego dążymy. 

Trzymajcie kciuki :)

wtorek, 11 czerwca 2013

Doskok ze smokiem

I dlaczego jest tak, że jednego wieczora Junior zasypia ze smokiem w usteczkach, smok wypada po jakimś czasie a Junior kontynuuje manewr zasypiania i przechodzi w stan spanka. 

Innym razem, smok, nie chcący współpracować z odruchem ssania naszego Szkraba, wyskakuje z jego ust i Krzysio powiadamia nas alarmem o takim stanie rzeczy. 

No jak to jest? Od czego to zależy? Od pogody? Od stopnia zmęczenia głównego Bohatera? Od życzliwości smoczka? 

Nabiegałam się więc dzisiaj do pokoju Synka. Oj tak. A on, kochany Promyk, z zamkniętymi oczami pyskował, gęgał i wyzywał smoka od najgorszych. Z grymasem i dąsem zaciąga smoka i próbuje odpłynąć.

Ma charakterek. Pyskaty po Tatusiu :). 






Kolejne wzruszenia

Wzruszyłam się. Nigdy nie sądziłam, że małe, drobne czynności w wykonaniu mojego Synka będą przyczyniać się do pojawienia się łez radości. O jakich czynnościach mowa? Chociażby o chwytaniu. Krzysio ma swoją ulubioną grzechotkę. Wymachujemy nad nim tym przedmiotem od kilku tygodni. Synek ma wtedy wielką radochę. Patrzy na nią i wymachuje rączkami i nóżkami. 

Dwa dni temu nastąpił kolejny etap w odkrywaniu ulubionego przedmiotu. Dotknął go! I nie mówię tutaj o przypadkowym pacnięciu zabawki zaciśniętą piąstką. Mocno zacisnął dłoń na grzechotce. Dzisiaj dotykał kolorowych koralików. A teraz... teraz wymachuje grzechotkę nr 2, którą spokojnie może podnieść, bo jest lżejsza i może się nią pobawić. Wymachuje nią na wszystkie strony a od czasu do czasu wpada na pomysł, żeby bardziej ją poznać i liże ją. Tak, po wkładaniu rączek do buzi przyszedł czas na zabawki. 

On rośnie, zmienia się. Kochany Promyczek. 

środa, 5 czerwca 2013

Młoda Mama też człowiek ;)

Patrzę na mojego Skarba i nie dowierzam, że jest obok. Przedwczoraj minęły dwa miesiące odkąd jest z nami, dzielimy z nim codzienność. Nie znamy ładniejszego widoku niż uśmiech naszego Synka. Jestem fanką jego bezzębnej szczęki. Niemalże rok temu (25 czerwca, pamiętam datę dokładnie) poprosiłam w modlitwie Boga o to, żebym mogła być Mamą. Obawiałam się, że będę miała problem z zajściem w ciążę. Taki strachliwy stan zasiał we mnie mój były ginekolog. Błędna diagnoza sprawiła, że bałam się o to, że nigdy nie będę Mamą... Miesiąc później powitałam rano Męża pozytywnym testem ciążowy, no ale... nie o tych chciałam pisać :).


Młoda Mama (czyt. Krzysiowa Mama) potrzebuje kilku wspomagaczy, które pomogą w codziennych bojach. Zaczynam wyliczankę:
1.
Moim numerem 1 jest WODA. Mój Mąż cyklicznie jedzie do hurtowni i zaopatruje mnie w ogromne ilości wody. Piję ją zgrzewkami. Hektolitry przelewają się przez mój żołądek, który krzyczy JESZCZE! Dwa miesiące temu potrafiłam podczas jednego nocnego karmienia wypić 0,75l. Teraz piję mniej, ale... nadal mam ogromną potrzebę uzupełniania wodnych niedoborów.










2. Pełnię nocne warty przy Synku a za dnia nie chcę straszyć cieniami pod oczami. Niezastąpiony w walce z podkrążonymi oczami jest krem Diamond Cellular Multi Perfection firmy Oriflame. NAJLEPSZY! 
3. Dobra książka, która pozwoli oderwać się na chwilę od codzienności albo skutecznie podreperuje nasze samopoczucie. Aktualnie skupiam się na tej drugiej czynności... Kiedy czas mi na to pozwala oraz kiedy mam "natchnienie" sięgam po motywującą książkę: 

4. Nocną porą, kiedy pomiędzy karmieniem nr 1 a karmieniem nr 2 zastanawiam się nad dylematami młodych Mam, sięgam po telefon i zaglądam na forum:

5. Nadal borykam się z nadprogramowymi kilogramami. Będąc w ciąży przytyłam ponad 30kg (!!!). Tak wiem, to straszne. Po dwóch miesiącach 30kg samo ze mnie zleciało a teraz zahaczam o te kilogramy, które wymagają mojej pracy. Zwłaszcza, że moim celem jest mieć lepszą kondycję i smuklejszą figurę niż przed ciążą. Ot, co ;). Motywuję się sięgając po czasopismo "Shape"


Niestety, nie nastał jeszcze ten moment, w którym mogę pozwolić sobie na wzmożony wysiłek. Póki co, wprowadzam program minimum polegający na codziennych półbrzuszkach i spacerach. Już niebawem wybiorę się na basen. Nie zapominam także o racjonalnym odżywianiu.

Macierzyństwo to bardzo dynamiczny stan. Niby nic się nie dzieje, bo codzienność spoczywa na wykonywaniu określonych czynności związanych z pielęgnacją kochanego Bobasa oraz ze spędzaniem z nim czasu. Największe zmiany, obok tych rozwojowych, którego mogę obserwować u mojego Synka, zachodzą w mojej głowie, w myślach. To jest dobry czas :). Powinnam bardziej go doceniać. Ten czas jest darem :).







czwartek, 23 maja 2013

Jesteśmy po...

...USG bioderek i wszystko w jak największym porządku i cieszę się jak nie wiem, że co :D

... pierwszym szczepieniu 5w1 i jupi, dobrze, że koty za płoty i to przykre doświadczenie powtórzy się dopiero w lipcu. 

Krzysio Patrysio:
- ma 7 tygodni,
- waży 5820g,
- mierzy 64 cm. 

Zdrowy, zadowolony chłopak :), który w podróży wygląda tak: 


poniedziałek, 13 maja 2013

Instrukcja obsługi Dzidziusia

Z bobasem nie ma rozwiązań NA ZAWSZE. Na chwilę coś zadziała, a później już nie skutkuje. Normą jest to, że nie ma normy ;).

Czasami Synek jest niespokojny i kiedy podstawowy pakiet jego potrzeb typu:
- jeść,
- odbić,
- przytulić,
- zmienić pieluchę,
- spać,
- zimno,
- gorąco,
- nudno,
- niewygodnie...

się wyczerpie, to... ZAWSZE musimy pamiętać o ponownym odbiciu. Czasami nawet godzinę od karmienia (!).

Jeden poważny BEEEEK po jedzeniu nie wystarczy, nawet ulanie nie pomaga, bo w głębi Maluszka czai się BEEEEEEEK nr 2.

Nadal doktoryzujemy się z rodzicielstwa. Ależ to miłe zajęcie :).

wtorek, 7 maja 2013

Karmiąca Mama w natarciu

Moi Drodzy, 

nie ma nic (no dobra, nie ma nikogo;) groźniejszego niż Mama pędząca do domu przed porą karmienia. Nic bardziej niebezpiecznego niż Mama, która w odstępach między jednym karmieniem a drugim, chce załatwić kilka spraw. Dzisiaj miałam takie niespełna dwie godziny. Szaleńcze tempo sprawiło, że po 1,5h wróciłam do domu. Miałam czas na chwilę rozmowy z Mężem przed Jego wyjściem do pracy i na wyrównanie oddechu przed spotkaniem piersią w twarz Synka. 

Co się zmieniło od mojego ostatniego pobytu na tzw. mieście? Zwiększono liczbę płatnych parkingów. O zgrozo! To już przechodzi ludzkie pojęcie. Mama karmiąca szybko ogarnęła sytuację. Wjechała tam gdzie znak zakazuje wjazdu (przyznaję się, bez bicia), zaparkowałam na przyblokowym parkingu i pognałam przez plac, zachwycając się cudną, wiosenną roślinnością. W myślach przeklinałam ciuli baniatych, którzy chcą zamienić to miasto w twierdzę z płatnymi parkingami. Nie dam się! Jestem prędzej gotowa stworzyć listę z przykładowymi, alternatywnymi miejscami do parkowania, niż zapłacić tym nieudolnym, miejskim politykom za kawałek, skrawek miejsca pod moim autkiem. Nie zdążyłam obmyśleć całego spisku, bo już stałam u drzwi celu nr 1.

Wizyta w pomarańczowym salonie telefonicznym
Dwie osoby tam pracujące okazały się jedną osobą, bo jedna z nich szkoliła się i nie może nikogo obsłużyć. Wspaniale! Czas mi się kurczy a tutaj proszę, pracownik mający moc sprawczą musiał z detalami objaśniać w rozmowie telefonicznej nową promocję klientowi. Ostatecznie, po moim głośnym komentarzu ("Nie wiedziałam, że tutaj znajduje się infolinia") szybciej skończył rozmowę zapraszając klienta do salonu. Bingo! 

Wizyta w sklepie z artykułami dla dzieci
Kolejnym celem był rekonesans w sprawie laktatorów. Bo wielu wewnętrznych bojach, postanowiłam nabyć ten cudowny wynalazek. Zawitałam do jednego ze sklepów, w którym mogłabym (tak mi się wtedy wydawało, o ja naiwna!) usłyszeć atrakcyjną cenę za tego typu sprzęt. Brak laktatorów elektrycznych. Ostała się jedna sztuka jakiegoś najmniejszego laktatora świata. Zdziwiłam się na jego widok. Do tej pory jak o nim pomyślę moje brwi podnoszą się do góry i nie mogę uwierzyć. No ale, widocznie komuś, takie coś, też, do czegoś, kiedyś, gdzieś posłuży... Tak. Przemiła pani postanowiła rozeznać sprawę w kilku hurtowniach i dać mi znać (drogą telefoniczną), w jakiej cenie mogę u niej kupić Mini Electric firmy Medela. Zadzwoniła później, ale już teraz wiem, że w innym sklepie mogę nabyć to urządzenie taniej i... szybciej. 

Ekspresowa wizyta w aptece
Postanowiłam także nawiedzić słynącą z najniższych cen aptekę w mieście. Dzisiaj okazała się apteką najbardziej obleganą w mieście. Co się dowiedziałam? A no tylko tyle, że NIC. Cena szczepionki 5w1 jest mi bliżej nieznana. Najlepiej podać od razu nazwę, bo farmaceutka "nie pamięta jak to tam się to nazywało".  Nie miałam czasu... Matka karmiąca dowie się jak nazywa się najlepsza szczepionka świata dla Jej dziecka i ponownie nawiedzi aptekę. Z miesięcznym Maluchem na ręce. No cóż, będzie chciał jeść? Proszę bardzo, mam doświadczenie w karmieniu Młodego na stojąco ;). A może wcześniej uda się nabyć laktator i spokojnie załatwić kilka spraw na mieście? Tego sobie, jak i wszystkim osobom obecnym w moim otoczeniu, życzę ;). 

Krzysiowa Mama :)

poniedziałek, 6 maja 2013

Miesięczny Krzysio

Kilka dni temu obchodziliśmy miesięczną rocznicę urodzin naszego Synka. Chłopak rośnie nam zdrowo i wesoło.

Ostatnie dane:
wzrost: 62 cm
waga: 5200g

:)

Kochany Synek. Dopiero dzisiaj, kiedy przejrzałam wszystkie zdjęcia naszego Maleńtaska, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo się zmienił przez ten miesiąc. Jak rośnie, praktycznie z każdym dniem jest inny, bardziej dorosły ;). Przy nim zmieniamy się też i my - Rodziciele. Uczymy się jak reagować na wysyłane przez niego sygnały. Coraz więcej jest takich sytuacji, które potrafimy opanować i to mnie bardzo cieszy. Otaczamy Krzysia opieką, miłością i czułością. Taki mały a taki ważny człowiek :).





czwartek, 2 maja 2013

O szczepieniach słów kilka

Rozwijam się z  moim Synem. Każdy dzień przynosi nowe pytania, nowe tematy, którymi trzeba się zająć, nad którymi trzeba się pochylić i zastanowić. 

W szóstym tygodniu życia naszego Krzysia, udamy się na drugie szczepienie. Pierwsze, szpitalne, nieco mnie rozczarowało, ponieważ nikt nie poinformował mnie, że mogę wybrać lepsze szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. Wolałabym dopłacić kilkadziesiąt złotych i mieć pewność, że zapewniam dziecku coś lepszego. Przepadło. Ale teraz możemy wybrać. 

Byliśmy zdecydowaniu na szczepionki skojarzeniowe, ale pojawił się znak zapytania, który chcemy zlikwidować. 

Dlaczego warto wybrać tzw. szczepionki nowej generacji? 

Różnica w ilości wkłuć

Szczepionka 5w1 chroni przed błonicą, tężcem, krztuścem, polio i Hib. Dzięki niej dziecko otrzyma 4 wkłucia zamiast 11 w pierwszych 18 miesiącach życia.

Szczepionka 6w1 chroni przed błonicą, tężcem, krztuścem, poli, Hib i WZW B. Dziecko otrzymuje również 4 wkłucia zamiast 11. 

Dzięki dawce skojarzonej dziecko otrzyma 1 wkłucie zamiast 3 podczas jednej wizyty. 

Różnica w jakości

Szczepionki skojarzone różnią się również jakością od tych refundowanych przez NFZ. Szczepionka przeciw krztuścowi to szczepionki bezkomórkowe. Zawiera trzy wysoko oczyszczone substancje zwane antygenami krztuśca. Szczepionka tradycyjna zawiera natomiast zabite komórki tej bakterii i 3000 różnych substancji, które mogą nie mieć pozytywnego wpływu na organizm dziecka. Warto kupić szczepionkę zawierającą pertaktyna, dzięki której organizm sam obroni się przed różnymi postaciami krztuśca, bardzo szybko rozpocznie walkę z chorobą oraz ochroni oskrzela i centralny układ nerwowy przed zakażeniem. 

Szczepionki skojarzone spełniają najwyższe światowe standardy, dzięki którym, nie obciążają układu odpornościowego, bo zawierają mniejszą ilość antygenów, np. 5w1 ma ich 8 a bezpłatna szczepionka 3w1 ma ich ok. 3000.

Szczepionki te przyczyniają się do mniejszych i rzadziej występujących niepożądanych odczynów poszczepiennych, bo mniejsza liczba wkłuć to statystycznie mnie reakcji niepożądanych. 


W późniejszym terminie zaszczepimy Krzysia przeciwko pneumokokom i meningokokom. 

Zainwestujemy w zdrowie dziecka. Lepiej zapobiegać niż leczyć :).
 

Do walki o odporność dziecka włączam mleko - własnej produkcji ;). Wszakże Mąż się śmieje, że nie mogę przekazać Juniorowi odporności, bo sama jej nie mam, ale ja czaruję to mleko i wierzę, że dzięki niemu, nasz rosnący w oczach Syn, będzie zdrowy i radosny :).



wtorek, 30 kwietnia 2013

Bo dobra kąpiel, nie jest zła :)

Przez kilka tygodni doktoryzowaliśmy się w sprawie kąpieli małego Krzysia. Niby taka prosta sprawa - KĄPIEL, nad czym się tu zastanawiać? Przecież chodziliśmy na zajęcia do szkoły rodzenia, widzieliśmy w jaki sposób kąpie się lalki, przeczytaliśmy książkę "Co nieco o rozwoju dziecka" mistrza przekładania dziecka z rąk do rąk, przekładania na boki i wszelkiego przenoszenia, p. Zawitkowskiego. W dodatku przejrzeliśmy różne filmiki dotyczące kąpieli. Nota bene, nie ma ani jednego filmu przedstawiającego kąpanie  noworodka. Wszędzie rosłe niemowlaki, które trzymają sztywno główkę a co z noworodkami? One nie zasługują na wanienkę wypełnioną wodą, na niemalże pełne zanurzenie małego ciałka i dryfowanie na wodzie? Pytaliśmy położną, co zrobić, żeby nasz Syn był zadowolony z kąpieli? Omówiliśmy po kolei każdy element tego wieczornego rytuału i wszystko wyglądało tak, jak być powinno. Pytaliśmy znajomych i pełnej odpowiedzi nie uzyskaliśmy. Pozostała droga dedukcji. Co zrobić, żeby zamienić płacz i krzyk naszego Dzieciątka w... ciszę? 

Pierwsze dwie kąpiele obyły się bez płaczu, więc nie mogliśmy poddać się i stwierdzić, że Maluszek nie lubi wody. Co później było nie tak? Na głodniaka chłopaka nie ma co brać do wody, bo jako wielki pasjonat maminego mleka, nie pozwala sobie na uczucie głodu. Jest wielki płacz i nic poza tym. Trzeba to uszanować.  Najlepiej Synka te z nie wybudzać, bo kto chciałby być obudzonym i po chwili znaleźć się w wodzie? Jeśli mamy to w planach i jesteśmy świadomi tego, co się dzieje, może być to bardzo przyjemne. W przypadku małego człowieka, wygląda to zupełnie inaczej. Dwa, negatywne czynniki, które mogły doprowadzać do płaczu zostały wyeliminowane. Przestaliśmy ufać termometrowi, który każdy z nas ma zamontowany w łokciu. Pomyślałam, że może mam łokieć nieco zepsuty i dlatego nie odczuwam takiej temperatury, która byłaby odpowiednia... Małżonek zakupił przecudnej urody termometr żabkę, który doskonale komponuje się z wanienką o takim samym kolorze. Wlewaliśmy wodę o temperaturze optymalnej do kąpieli i zaznaczonej na termometrze jako OK. Pomimo tych licznych starań, Maluszek nadal płakał. Serce moje pękało przy każdej kąpieli. Trzymałam to małe ciałko i nie wiedziałam o co chodzi, w czym jest problem. 

I nastał ten dzień, kiedy do wanienki dostała się cieplejsza woda. Okazało się, że nasz Synek jest maksymalnie ciepłolubny i nie przeszkadza mu temperatura wody wynosząca 40 stopni Celsjusza. Taaaa daaaam! Każda kąpiel w ciszy jest dla mnie świętem. Mam nadzieję, że dzisiaj ponowimy ten sukces :).


sobota, 27 kwietnia 2013

Mały meloman

Będę zachwycona, jeśli Synek za lat kilka, usłyszy jakiś ulubiony utwór swoich rodziców i stwierdzi, że to kawał dobrej muzyki. Moje serce będzie wirować do nieba i z powrotem jeśli uda mi się w nim zasiać chęć słuchania Pink Floyd. Póki co, nasz mały Smerfik, ma własną dyskografię. Pomimo tego, że ma niecały miesiąc, ma już trzy płyty, w tym jedną winylową. Macie pojęcie? Aż mu zazdroszczę... i wykorzystuję to, że z chęcią mi je pożycza :). 

Od Cioci Ani dostał płytę z muzyką Mozarta - wpływa kojąco na zmysły. W sam raz na kąpielowe wyciszenie.




Wujek Krzysiek obdarował go najnowszym krążkiem Anathemy "Weather systems" 





oraz nową płytą Depeche Mode "Delta machine". Depeche w wersji kolekcjonerskiej, na cudnych, dwóch płytach.


Prezent godny uwagi, bo spodobał się naszemu Synkowi. Przy piosence "Soothe my soul" mój Mąż uskutecznia wieczorny taniec z juniorem. Wygląda to spektakularnie. Napawam się tym widokiem i znowu zazdroszczę mojemu Synkowi, zazdroszczę mu Taty :). 




sobota, 20 kwietnia 2013

Karmienie piersią c.d.

Kilka ciekawostek dotyczących karmienia piersią:
1. Intensywne karmienie pozwala spalić ok. 700 kcal dziennie.
2. Poziom składników odżywczych w mleku (węglowodany, białka, tłuszcze), wapnia, żelaza oraz witamin rozpuszczalnych w tłuszczach jest stały i niezależny od diety Mamy karmiącej.
3. Witaminy C i B trafiają do mleka z bieżącej diety Mamy.
4. Podstawą diety Mamy karmiącej powinny być produkty zbożowe, które są źródłem witamin z grupy B. Witamina ta pomaga w utrzymaniu nerwów na wodzy. 
5.Należy pamiętać o spożywaniu mleka oraz jego przetworów. Wprawdzie mleko nie wpływa na proces laktacji, ale dostarcza Mamie wapń, który mały ssak zabiera z zapasów organizmu. Jeśli u maluszka zostanie stwierdzona alergia, to niedobory wapnia należy uzupełniać innymi produktami np. soją, migdałami, burakami, brokułami, fasolą, jajami, suszonymi figami.
  

Tyle z teorii... 

Cieszę się bardzo, że karmienie piersią zmobilizowało mnie do rzetelniejszego przyjrzenia się swojej diecie. Ograniczyłam spożycie słodyczy. Nie sięgam po produkty zamknięte w puszkach, które zawierają masę konserwantów. Nie jem dań "gotowych". Póki co, nie jem smażonych potraw. Zwracam uwagę na jakość wybieranych produktów. Piję ogromne ilości wody. Wiem dokładnie co powinnam, a czego nie powinnam jeść, ale mimo to, nie jest łatwe samodzielne komponowanie posiłków. Zwłaszcza teraz, niecałe trzy tygodnie po porodzie, kiedy ułożenie listy zakupów jest dla mnie niesamowitym wysiłkiem... Dziwne. Ale ponoć to normalne, że akurat po porodzie najdrobniejsze czynności wymagają więcej koncentracji. 

Trzymam kciuki za wszystkie świadomie karmiące Mamy :). 

piątek, 19 kwietnia 2013

Krzysiowa Mama karmi piersią - część1

Podczas ciąży postanowiłam, że będę karmić piersią. Czytałam broszurki informujące o technikach przystawiania do piersi, o problemach związanych z karmieniem i jak sobie z nimi radzić, obczajałam na czym polega dieta kobiet karmiących piersią. Teoria zderzyła się z praktyką, kiedy dzień po porodzie dostałam mojego Synka i musiałam sobie radzić. Karmienie w szpitalu nie należało do najprostszych zadań. Upłynęło kilka dni zanim laktacja ruszyła pełną parą. Synek był głodny, przystawiałam go do piersi, mało z nich leciało. Twarz Malca czerwona, główka trochę spocona. Ogromny wysiłek, który kończył się pojawieniem się na moich sutkach bolących, czerwonych ranek. Zadzwoniłam do położnej, specjalistki od laktacji, która powiedziała, żeby pomimo wszystko podchodzić do karmienia ze spokojem, nie denerwować się, pić dużo wody, co najmniej 2l dziennie i dostawiać Małego 24h na dobę, na żądanie, im częściej, tym lepiej. Zaciskałam zęby, dostawiałam i udało się. Jestem Mamą małego ssaka :). 

Karmienie piersią wiąże się z zastosowaniem odpowiedniej diety. Według jednej ze szkół, są produkty polecane i odradzane. Przymocowałam na lodówce małą ściągę, bo chociaż dokładnie wiem, co jeść powinnam a czego należy unikać, to jednak taka wizualizacja przydaje się podczas robienia listy zakupowej dla Męża ;). Zaleca się, aby każdego tygodnia wprowadzać nowy produkt i obserwować dziecko. Trzymam się tej teorii. 



Spotkałam się także z opinią, że można jeść wszystko to, co jadło się w ciąży, bo maluszek jest przyzwyczajony do tych wszystkich smaków, ale nie przesadzać z ciężkostrawnymi daniami. Ciąża to dla mnie czas zajadania się pomarańczami i mandarynkami. Soki pomarańczowe mogłam wypijać kartonami i ciągle było mi mało. Wiedząc jednak, że owoce cytrusowe (przez swoją skórkę) mogą doprowadzić do alergii, nie śmiem zjeść całego pomarańcza. Wczoraj Mąż dał mi kawałek i... wystarczy. Z czasem przyjdzie czas i na te owoce. 

Jutro część druga :).

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Ależ ja mam spóźniony zapłon...

Mogę zaliczyć dzień dzisiejszy do tych wyjątkowych. Synek jest z nami już (!!!) prawie dwa tygodnie. Zmienia się z każdym dniem... a nawet z każdą porą dnia. Zadziwia bystrością spojrzenia. Umiejętnością skupienia wzroku na jednym punkcie. Mogę utonąć w jego ślicznych oczach. A to dopiero początek. Uśmiecha się kiedy karmienie dobiega do końca. Robi to nieświadomie, ale uwielbiam tą zadowoloną, najedzoną minkę. Rozśmiesza mnie swoimi słodkimi minkami i puszczaniem bączka w najmniej oczekiwanym  momencie. Jest taki... prawdziwy i nasz:).

Dzisiaj jest dniem wyjątkowym, bo pierwszy raz od czasu porodu poczułam, że jestem Mamą naszego Maleństwa.


sobota, 13 kwietnia 2013

Pierwsza wiosna naszej Trójki

Świergot ptaków za oknem, cieplejsze powietrze wpadające przez otwarte okno. Zgodnie z moimi przewidywaniami - Synkowi nie spieszyło się na świat, bo było za zimno. Bociek, który go przyniósł zapowiedział wiosnę. Wiosna, mmm... Czekamy na jeszcze jaśniejsze promyki słonka i jeszcze cieplejsze dni. 

Za nami kilka dni werandowania. A dzisiaj wykorzystamy sprzyjającą aurę i pójdziemy na pierwszy, wspólny, rodzinny spacer. Krzysiowa bryka jest gotowa. Przeszła przegląd pod czujnym okiem Taty. Koła napompowane, alufelgi wyczyszczone. Jeszcze tylko karmienie i kiedy dziecko będzie zadowolone i spokojne, wyruszymy na podbój osiedla. 


czwartek, 11 kwietnia 2013

W ponad tygodniową rocznicę narodzin Krzysia Patrysia

Od tygodnia i jednego dnia nasza rodzina składa się z trzech osób. 
W rolach głównych występują:
- Krzysio Patrysio - bohater ostatnich dni, który swoim pojawieniem się zapoczątkował wielką rewolucję, poprzestawiał wartości, zmienił plan dnia i swoim błękitnym spojrzeniem urozmaicił życie domowników,
- Krzysiowa Mama - ratująca Krzysia z pieluszkowych i jedzeniowych opresji, zajmuje się głównie przystawianiem Małego Smerfa do piersi,
- Krzysiowy Tata - ogarniający całą codzienność po trudach okołoporodowych i będący największą podporą Krzysiowej Mamy.

Do dzisiaj wspominam moje przygody na oddziale ginekologicznym i położniczym. I powiem Wam, że z każdym dniem, radość, że to wszystko już za nami, że jestem w domu z moimi Panami, nie maleje. W planach miałam poród naturalny, ale pojawiły się komplikacje i skończyło się na cięciu cesarskim. No, ale mogę zawsze powiedzieć, że doświadczyłam porodu naturalnego, bo rodziłam ponad 4h. Skurcze, co trzy minuty nabierały na sile, ale akcja porodowa nie postępowała. Ból i brak efektu końcowego. W dodatku niepokojący ton lekarza, że coś się jemu nie podoba. To głos rozsądku. Drugi głos, głos położnej, która już DAWNO powinna się udać na emeryturę. Właściwie zastanawiam się czy kiedykolwiek powinna wiązać się z tym zawodem... Położna na każdym kroku bagatelizowała pojawiające się negatywne sygnały - zabrudzone wody płodowe, bo ciąża przenoszona, słabnące tętno Maluszka przy skurczu, bo obróciłam się na bok i  KTG nie wykryło tętna. Położna, która właściwie jest pseudo położną, wykonała przy mnie jeszcze trzy spektakularne hity - nie potrafiła wbić się w żyłę, żeby móc podać mi oksytocynę, przekazała mnie swojej koleżance, nie potrafiła SPRAWIĆ, żeby kroplówka płynęła i kiedy lekarz powiedział, że mogę iść do toalety, wcisnęła mi basen pod tyłek. Musiałam negocjować wydostanie się z sali porodowej. Natomiast kiedy lekarz powiedział, żebym poćwiczyła na piłce powiedziała: "To może pani zejść i coś na tej piłce porobić". A, ciekawostką jest również to, że monitorowała pracę KTG bez podłączonego wydruku, tak na ucho, wszakże specjalistka z niej niesamowita. Szkoda, że przez cały ten czas nie była przy mnie, może dosłuchałaby się czegoś niepokojącego... Chociaż pewnie nie, bo przecież nagle zmieniłam pozycję i pelota przestała coś wykrywać... Ciekawa jestem ilu osobom ta kobieta zaszkodziła i aż strach pomyśleć, że mogłabym być jedną z nich.

Najgorszy moment podczas porodu, głos lekarza: Będziemy szybciej kończyć. Cesarka. I przewieźli mnie na salę operacyjną. Szybkie znieczulenie podpajęczynówkowe, które  bolało bardziej niż mocno i już od pasa w dół mnie nie było. Szybkie cięcie, komentarz lekarza, że powinnam z Mężem zagrać w totka, bo na pępowinie zawiązał się węzeł prawdziwy. Każdego wieczora dziękuję Bogu, że węzeł nie zacisnął się... 

W szpitalu byłam od wtorku do soboty. Zaledwie kilka dni a stęskniłam się za domem przeogromnie. Teraz uczę się nowej, życiowej roli. Chodzimy z Mężem po domu i mówimy: "Damy radę" :).

Mężu, pozwól, że zrobię to publicznie :). Chcę Ci podziękować za to w jaki sposób byłeś ze mną podczas porodu, za to z jaką prędkością przyjechałeś do szpitala i za ściskanie mojej dłoni. Za buziaka po operacji i za to, że widziałam Cię, kiedy mnie zszywali i później... za te dni kiedy byłam w szpitalu i nie miałam siły a Ty mi pomagałeś. Stanąłeś na wysokości zadania, jako Przyjaciel, Mąż i Tato. Dziękuję Ci za to. I wiesz co? 

DAMY RADĘ :)


wtorek, 9 kwietnia 2013

Jeszcze tydzień temu był w brzuszku

Symbol nowego etapu
Jest już z nami. Nasz SYN.

Mały, chociaż ważący 4 kg i mierzący 59 cm. Młody, urodzony 3 kwietnia o 13.35 a znamy się przecież ponad dziewięć miesięcy. Mały człowiek, który zmienia codzienność o 100%. 

Jutro rozwinę się bardziej :). 

Szczęśliwa Mama


sobota, 30 marca 2013

Życzenie wielkanocne

Święta Wielkiej Nocy to czas otuchy i nadziei, czas odradzania się wiary w siłę Chrystusa i w siłę człowieka.

Życzę Wam, aby Święta Wielkanocne przyniosły radość, pokój oraz wzajemną życzliwość.

Niech ten świąteczny czas ukoi nerwową codzienność i zachęci do zastanowienia się nad sobą i nad priorytetami w życiu.

Wspaniałych Świąt :)

czwartek, 28 marca 2013

Gdzie ten Bocian?

Wiercibrzuszek nadal w brzuszku. Termin porodu wyznaczony był na 27 marca, ale moje kochane Chłopaczysko ma w to nosie, bo... szczęśliwi czasu nie liczą. Rozciąga się zuchwale, czuję jak mocno napiera na ścianki brzucha i nie tylko. Chyba mu tam dobrze. Ciepło, w miarę spokojnie, no chyba, że akurat Tato się do niego dobija, zabawia monologami. Niespokojnie jest też wtedy, kiedy nasz Malec ma czkawkę, ale pomimo kilku niedogodności mieszkanie w brzuchu Mamy musi mieć same plusy. Dlatego Synek nie kwapi się do powitania świata. Czasami mam wrażenie, że jeszcze co najmniej kilka miesięcy będę brzuchatką...

W poniedziałek, podczas badania, dowiedziałam się, że jeszcze nie czas na poród. Sama też to czuję, bo nie mam skurczy. Cisza. Jeśli do Świąt akcja porodowa nie zacznie się samoistnie, to już we wtorek powędruję do szpitala i wypowiem Synkowi umowę najmu lokalu mieszkalnego. Póki co, słucham ulubionej radiowej Trójki i idę zaparzyć herbatę z liści malin. 

piątek, 22 marca 2013

Hop, hop, Panie Bocianie...

szalenie nam miło, że leci Pan do nas, ale... może Pan powiedzieć, kiedy Pan wyląduje? Bo przecież to Pan przyniesie małego Krzysia, prawda? Halo, Panie Bocianie, my tu czekamy :).




Pomyślałam sobie tak:
Umówię się na KTG  na godz. 9tą i dzięki temu będę miała mnóstwo czasu po badaniu. Dobry pomysł, ba, nawet bardzo dobry pomysł. 

KTG rzeczywiście odbyło się o godzinie 9tej. Później drobne zakupy spożywcze. Dzisiejszy plan obiadowy zakłada pojawienie się śledzia na stole. Uwielbiam! Teraz matjasy się moczą. Za chwilę przystąpię do dalszej obróbki. 

W sklepie spotkałam znajomego, który był mocno zdziwiony moim okrągłym stanem. Ja byłam zaskoczona tym, że nie pamięta, że już kilka miesięcy temu osobiście gratulował mi ciąży... Miło, że ponownie mogłam sprawić Jemu niespodziankę ;). 

Po powrocie do domu chwila odpoczynku i dwugodzinna rozmowa telefoniczna z przyjaciółką. Tematy poruszane: ważne i poważne, śmiechawe i zabawne. Moniko, dobrze, że jesteś :* :)

I nagle... zrobiło się popołudnie. Dacie wiarę? Wykonałam kilka czynności i nagle piątek zaczął się drastycznie kurczyć. A nie wykonałam jeszcze planu minimum na dzisiaj. Wczoraj, w piwnicy, odkryłam z Mężem pakunek, którego zawartości nie znaliśmy. Okazało się, że reklamówka o pokaźnych gabarytach skrywa... dziecięce ubranka. Zapomniałam zupełnie, że dawno, dawno, dawno, bardzo dawno temu Moja Siostra dała mi ją. To było jakieś 8 miesięcy temu. Nie znaleźliśmy wtedy płci naszego Szkraba. Moje zadanie na dziś: przeglądnięcie tych rzeczy. Rozczulają mnie te malutkie rękawki, puchate, miłe materiały, malutkie skarpetki...  Gdzie ja zmieszczę dodatkową ilość rzeczy dla naszego Malucha? Oto jest pytanie. I żebym miała tylko takie problemy ;). 

Idę pobawić się w kuchni a Wam życzę dobrego piątku i... trzymajcie kciuki, żeby nasz Bocian wylądował w miarę szybko :) 

wtorek, 19 marca 2013

Drobne szaleństwa ciężarnej w 39 tygodniu

Udało się! Delikatnie przeszliśmy przez magiczną datę 17 marca. Jupi :). Mam wielkie szczęście, że jestem oficjalnie zaliczona do Mam drugiego kwartału. Jednocześnie współczuję tym Mamom, które nie będą mogły zostać ze swoim dzidziusiem przez rok. Może jednak coś się zmieni?

U nas, podobnie jak i w innych zakątkach kraju, typowo zimowa aura. Wbrew temu, co dzieje się za oknem, rozpiera mnie energia. Czuję minimalne zmęczenie związane z tzw. koncówką ciąży, ale dominuje we mnie chęć do działania. Wsłuchuję się w sygnały jakie wysyła mi organizm i kiedy tylko dochodzę do wniosku, że jeszcze nie rodzę, zaczynam coś robić. Dzisiaj na przykład spełniłam się kulinarnie. O godzinie siódmej rano kończyłam robić fasolkę po bretońsku. A kilka godzin później wyżywałam się na cieście pierogowym. Moja praca w kuchni zaowocowała obiadem na kilka dni i spełnieniem zachcianki na pierogi ruskie. Najlepsze danie pod słońcem! 

One też czekają na najważniejszego Zajączka ;)
Perspektywa przyjścia na świat naszego Synka, skutecznie przesłania zbliżające się Święta Wielkanocne. Jednak wczoraj zakupiłam czekoladową parę wielkanocnych zajączków. Uśmiecham się do nich, kiedy obok przechodzę i myślami odpływam do naszego brzuszkowego zajączka. Jestem ciekawa jak wygląda, jaki będzie, uparty po Tatusiu czy krnąbrny po Mamusi ;). 




piątek, 15 marca 2013

Porozumienie Ojca z Synem

Nasz Synek nadal żyje w brzuszkowym świecie. Mój Mąż wytrwale buduje relację Tato-Syn, prowadząc monologi do mojego brzucha. Krzysio nie jest biernym rozmówcą, odpowiada Tacie przeciągnięciem się, lekkim szturchnięciem albo gwałtownym poruszeniem.

Dzisiaj Mężulo podpowiadał Krzysiowi w co może się bawić, wszakże przebywanie w brzuchu 38 tydzień może wiązać się z nudą. Przewidziane zabawy na dzisiejszy wieczór dla naszego Synka:
1) przeciąganie pępowiny,
2) robienie Mamie zgagi (Mężu, wiedz, że Twoja żona nie lubi kiedy Krzysio bawi się w ten sposób ;P)


Taaaaaak, założę się, że Malec teraz uskutecznia zabawę z pępowiną a kiedy będę spać w nocy, zmieni zabawę i będzie rozkoszował się numerem 2. Od kilku nocy to Jego ulubione zajęcie. Ratuję się wtedy szklanką mleka. Na szczęście pomaga. 





czwartek, 14 marca 2013

Byle do 18 marca...

Wprawdzie termin porodu mam wyznaczony na 27 marca, ale pomału zaczyna do mnie docierać powaga sytuacji i mówię, byle do 18 marca... 

Wczorajsza wizyta u gina pokazała, że:
- Krzysio nie zamierza w najbliższym czasie opuścić miłego, brzuszkowego otoczenia,
- pozycja główkowa - nie przekręcił się, nadal jest naszym kochanym astronautą,
- waży 3,30 kg. 

Wszystko przebiega pomyślnie i... byle do 18 marca... lepiej dmuchać na zimne. Słusznie, że Mąż ciągle przypomina mi o tym, że nadal walczymy o możliwość wykorzystania rocznego urlopu macierzyńskiego. Momentami brak mi cierpliwości wobec ciągłego odpoczywania. Ale nie ma to tamto, to nie jest najlepszy moment na rozmyślanie o swoim "chcę", "nie chcę". Trzeba podporządkować się, wybiec myślami w przyszłość i wybrać to, co w perspektywie pozwoli mi dłużej pobyć z Synkiem. 

Kocham tego już całkiem sporego, mieszkańca mojego brzusia. 

:)



sobota, 23 lutego 2013

Wiertła do drewna i rozmowy Taty z Synkiem

Przed chwilą dowiedziałam się jak wyglądają wiertła do drewna. A wyglądają tak, jak na załączonym obrazku. 
Wiertła do drewna - to warto wiedzieć ;)


Mąż powiedział, że Krzyś będzie nimi w przyszłości zainteresowany. Podobno będzie go też interesował grubościomierz i te inne przyrządy typowo męskie, które dla mnie mogłyby nie istnieć. Zamknięte w skrzynce na narzędzia w ogóle mnie nie kuszą. Nie mam potrzeby obcowania z nimi. Moi panowie będą mieli swój magiczny, męski świat, coś w stylu Boba Budowniczego, Boba reperującego wszelkie usterki, Boba zainteresowanego elektryką, sprzętem komputerowym, nowinkami technologicznymi itp. itd. I bardzo mnie to cieszy. 

Syn w brzuszku od ponad miesiąca w pozycji główkowej, czyli "do góry nogami". Tato do Synka:
- Krzysio, Ty teraz jesteś jak astronauta. 


Trudno zaprzeczyć :).

Miłego weekendu.

wtorek, 19 lutego 2013

Hop, hop to ja, Krzysiowa Mama

Wczorajsze badanie u gina przyniosło następującą dawkę wiedzy:
- Krzysiowa waga: 2760g.
- Krzysiowe położenie: główkowe (niezmienne od ponad miesiąca)
- Krzysiowe przyjście na świat: nadal prewidziane na 27 marca
- Wyniki Krzysiowej Mamy: bardzo dobre

Taaaadam :) Uskrzydliła mnie wizyta u lekarza. Lubię wiedzieć, że wszystko jest tak, jak być powinno. 


poniedziałek, 18 lutego 2013

Pocieszny Bąbel w brzuszku bryka

Zaczynamy wspólny 35 tydzień. Czas leci taaaak szybko. Co nowego u nas? Postanowiłam oszczędzać się i powiem Wam, nie jest łatwo. Wszelkie leżanki nie są dla mnie, ale cel donoszenia do terminu porodu jest dla mnie nadrzędny, więc odpuszczam sobie wszelkie męczące czynności. Maluch skutecznie przypomina o swoim istnieniu serią kopnięć i podskoków, przywołując uśmiech na mojej twarzy. Bardzo cieszę się, że nasz kochany Wiercibrzuszek będzie niebawem z nami, ale z drugiej strony wiem, że będzie mi brakowało jego obecności w brzuszku. Nie mogę się doczekać spotkania z naszym promyczkiem. Ze wzruszeniem spoglądam na głowę mojego przytulającego się do brzucha Męża i słucham tego, co mówi do naszego Synka. Synek jeszcze tego nie wie, ale lepszego Taty nie mógłby sobie wymarzyć. Ja to wiem.

Za miesiąc wiele się zmieni. "My" nie będzie oznaczało dwójki osób a już trójkę. Nowy etap, nowe obowiązki, nowe wyzwania i ogromne pokłady miłości. 

Od kilku tygodni mam spakowaną torbę do szpitala. Dzisiaj dorzucę do niej sztućce i miętowe cukierasy. I jeszcze notatnik, i jakąś książkę. No tak. Do kupienia pozostała woda z dziubkiem. 

W głowie rysuję plan doskonałego porodu: skurcze parte, dotarcie na porodówkę, szybki naturalny poród i wielka radość. Minimalna ilość bólu i maksymalna satysfakcja. Skoro prawo przyciągania działa (a przecież działa), to tak właśnie będzie. 

Co jakiś czas słyszę pytanie: boisz się porodu? Szczerze? Nie boję się. Maksymalnie skoncentruję się na myśleniu o dziecku, a że empatię mam w sobie bardzo dobrze rozwiniętą, nie przewiduję uchybień w tej materii. 

:) 

wtorek, 5 lutego 2013

33 tydzień - pływanie z Bobaskiem w brzuszku

Moi Drodzy, 

czasami bywa tak, że coś się planuje, skrupulatnie tworzy się wizualizację w głowie i kiedy nadchodzi decydujący moment okazuje się, że nie możemy zrobić tego, co zaplanowaliśmy... Siedem miesięcy temu postanowiłam, że w czasie ciąży będę chodzić na basen. Pływanie jest jedynym sportem wskazanym dla ciężarnych od samego początku aż do rozwiązania. Ćwiczenie mięśni, nieobciążanie stawów i kości, praca nad kondycją fizyczną, relaks, ćwiczenie oddechu - oto podstawowe zalety tego sportu. Niedaleko naszego miejsca zamieszkania znajduje się szkoła podstawowa z basenem, na który co tydzień chciałam chodzić. Plan doskonały. Okazało się jednak, że akurat w tym czasie (z zgrozo!) władze miasta postanowiły zamknąć przyszkolne baseny  dla mieszkańców, argumentując to nieopłacalnością. Z ciężkim sercem pogodziłam się z tym faktem. Wprawdzie mogłam korzystać z basenu  miejskiego, ale zimna woda skutecznie mnie odstrasza od tego miejsca. Zamiast chronicznego przeziębienia wolałam dać sobie spokój z pluskaniem. 

Po siedmiu miesiącach okazało się, że jedna ze szkół  w mieście udostępnia basen nie tylko uczniom.  Wprawdzie nie w weekend, ale cóż to za problem wybrać się wieczorkiem na pływanie i pomachać nogami. Sama przyjemność. Tak czy siak, podirytowałam się. Uwierzyłam w obiegowe opinie zamiast samodzielnie sprawdzić stan rzeczy. Mam nauczkę. Już nigdy nie dam się wmanewrować w podobną sytuację. Jakby to powiedział mój Mąż: "Never, never". W dodatku są ferie i basen jest otwarty niemalże przez cały dzień. Grzechem byłoby nie skorzystać.

Smakowite literki - moje Dzieło ;)
Wybrałam się wczoraj na basen z koleżanką. Frajdę miałam niesłychaną. Już zapomniałam jak to jest poczuć lekkość bytu, nie odczuwać ciężaru brzuszka i dać ulżyć kręgosłupowi. Rozmawiałyśmy, pływałyśmy, machałam nogami przy murku i tylko tyle wystarczyło, żebym naładowała akumulatory pozytywną energią. Mam świadomość, że pływanie to pierwszy sport, który uprawiam wspólnie z moim Synkiem. Mały Krzysio rozwija się w środowisku wodnym, więc rozumie mnie doskonale. Druga wizyta na basenie już pojutrze. 

Miłego dnia.

środa, 30 stycznia 2013

Czytanie do brzuszka

Niegdyś uważano, że dziecko przebywające w brzuchu nic nie czuje, nie słyszy, że uczy się wszystkiego dopiero po urodzeniu. Dzięki badaniom psychologii prenatalnej wiemy, że maluszek w brzuszku już sporo potrafi. Fika koziołki, zaciska i otwiera piąstki a nawet potrafi zagospodarować czas zabawą z pępowiną. Potrafi również reagować na dochodzące z zewnątrz bodźce. Nasz Synek doskonale komunikuje się ze swoim Tatą. Od kilku miesięcy żywo reaguje na jego głos, odpowiada na pukanie w brzuszek. Mam wrażenie, że bardzo lubi przebywać w towarzystwie swojego Taty. Przytula się do jego policzka a czasami brutalniej manifestuje swoją obecność. Siarczystymi kopniakami pokazuje, że to jego domek. Mężowi wtedy głowa odbija się od brzucha i podskakuje. Mogę położyć rękę na brzuszku a Malec nawet nie drgnie. Wystarczy, że Krzysiowy Tato położy ciepłą dłoń a Syn od razu reaguje. Uwielbiam także monologi mojego Męża, skierowane w stronę brzucha. 

Nasz Maluszek, mieszkaniec mojego brzuszka, słyszy. Wsłuchuje się w bicie mojego serca i rozpoznaje mój głos. Jestem pewna, że tak jest. Będąc w połowie ciąży próbowałam mówić do dziecka. Objaśniałam np., że jedziemy samochodem i mówiłam, co robię w danym momencie. Co innego jest kierowanie słów bezpośrednio do brzucha a co innego mówienie w przestrzeń. Szybko zrezygnowałam z tego typu pogaduszek, bo wydały mi się dość dziwne. Jakiś czas temu przeczytałam, że warto czytać nienarodzonemu dziecku. Maleństwo po urodzeniu jest w stanie rozpoznawać bajkę, którą słyszało będąc w łonie mamy i uspokoić się przy niej. Skoro preferencje muzyczne można wynieść z brzuszka, to pewnie to samo tyczy się bajek. Czytam Synkowi bajki. Serię czytania zaczęłam od ulubionych książek z dzieciństwa mojego Męża. Takie czytanie, to świetna sprawa. Polecam. 


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Oparzenie i tort zrobiony przez przypadek

31 tydzień noszenia Synka w brzuszku mam za sobą. Powiem Wam szczerze, że nie życzę sobie powtórki z tego tygodnia. Rozumiem, że mogę się lekko rozkojarzyć, zasypiać z myślami o Maluszku, o tym, co jeszcze powinnam dokupić, o przebiegu porodu i o moim odpowiednim nastawieniu do niego, o szelkach do spacerówki i o tysiącu innych spraw, które akurat w tym momencie pojawiają się w mojej głowie. Minimalny odlot myślami nic groźnego nie spowoduje, ale kiedy mam gorszy dzień i pozostaję w permanentnym zamyśleniu, to zdarzają się mało przyjemne sytuacje. Jakie? Oto przykład doskonały... pod koniec ubiegłego tygodnia oparzyłam się herbacianym wrzątkiem. Postawiłam herbatę na blacie. Otworzyłam szafkę, bo chciałam z niej wyjąć suszone morele. Wspaniały smakołyk bogaty w witaminę A i E, potas, magnez, żelazo oraz krzem, okazał się bardzo niebezpieczny. Paczka z morelami "wypchnęła" opakowanie landrynek, które nie przewidziały takiego ataku i wpadły wprost do kubka z herbatą. Herbata zaatakowała mój brzuch. Aaaaa... bolało potwornie. Brzuch potraktowałam zimną wodą. Aaaaa... Mam oryginalną pamiątkę z 31 tygodnia ciąży, w postaci czerwonego śladu w okolicy pępka. 

W piątek postanowiłam spełnić się kulinarnie. Zrobiłam sałatkę warzywną i ciacho. Biszkopt przełożony dżemem z aronii i kremem z bitej śmietany, polewa z gorzkiej czekolady. Mmmm, pycha. Weekendowa bomba kaloryczna. Z niedowierzaniem patrzyłam przez okienko piekarnika jak ciacho rośnie, rośnie i rośnie. Przypomniałam sobie, że kiedy ostatnio robiłam ten "placek", to narzekałam na to, że licho wyrósł. Na czym polega różnica? Ilość składników taka sama. Sposób robienia identyczny. I tak zostałabym z tym znakiem zapytania, gdyby nie mój Mężulo, który wróciwszy z pracy zapytał: "Torta robisz?", "Nie, to zwykłe ciasto" i nadeszło olśnienie. Taaadaaam, poprzednio ciacho robiłam w prostokątnej blaszce - stąd ta różnica w wysokości ciacha. No i okazało się, że zupełnie niechcący zrobiłam torta. Pomroczność ciężarnej nie jest mi obca.

 Zamieszczam zdjęcie ostatniego kawałka mojego "placka". Ciacho zniknęło bardzo szybko. 

Jeżeli będziecie miały ochotę na zrobienie tego "placka", to już podpowiadam przepis. 

BISZKOPT JASNY
Składniki:
- 5 jajek,
- 1 szklanka cukru,
- 1 szklanka mąki,
- 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia.

Wykonanie:
1. Jajka muszą mieć temperaturę pokojową. Po wyjęciu z lodówki odstawiamy na 0,5h. Ubijamy białka na sztywno, dodajemy cukier i żółtka.
2. Dodajemy mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i lekko mieszamy.
3. Wylewamy ciasto na wysmarowaną tłuszczem i posypaną mąką formę do pieczenia. 
4. Pieczemy w temp. 160-180 stopni około 30-40 min. 

Moim patentem na zawsze udanego biszkopta jest opuszczeniu go na ziemię zaraz po wyciągnięciu z piekarnika. Nachylam się nad podłogą i "rzucam" blaszką w kafelki. Szkód w kafelkach i blachach nie zanotowałam. 

MASA
Składniki:
- 1 l śmietany kremówki,
- 4 śmietan fixy,
- 2 łyżki cukru pudru,
- cukier waniliowy,
- dżem z aronii (może być z czarnej porzeczki, wiśni - najlepiej jakiś lekko kwaśny),

POLEWA:
- odrobina mleka,
- 1 tabliczka gorzkiej czekolady.

Wykonanie:
Biszkopt dzielimy na dwie części. Spód smarujemy dżemem. Ubijamy schłodzoną kremówkę. Kiedy śmietana zacznie gęstnieć, dodajemy cukier puder, cukier waniliowy i śmietan fixy. Ubijamy. Krem nakładamy na część posmarowaną dżemem i przykrywany drugą częścią biszkopta. 

Rozpuszczamy czekoladę w niewielkiej ilości mleka - musi powstać płynna konsystencja. Kiedy polewa trochę ostygnie, wylewamy ją na wierzch biszkopta. 

Uwielbiam robić ciasto biszkoptowe, bo zatrudniam do niego robot z obrotową misą i nic, oprócz dodawania poszczególnych składników, mnie nie interesuje. Zero zagniatania. Proste, smaczne i w dodatku tortowe.